Zajmując się od dłuższego czasu ciuchami, a ostatnio będąc
nawet szafarką, zastanawiam się oczywiście nad swoim stylem. Nie tyle nad tym,
jaki on jest, ale jaki by był, gdyby był..
Wiem, że na pewno nie byłby to styl boho, hippie, etno, retro, glamour,
klasycznie elegancki, streetowy, rockowy, miejski, casualowy... Długo
mogłabym wymieniać rozmaite kierunki ciuchowe i chyba w żadnym do końca bym się nie widziała.
Ale – gdyby tak wziąć miarkę basicowej klasyki, dołożyć
drugą w stylu militarnym lub zaczerpniętą z męskiej szafy, złagodzić ciekawą
biżuterią, uszlachetnić dodatkiem vintage, doprawić szczyptą czegoś
specyficznego (z wymienionych powyżej, w zależności od nastroju), na koniec wprowadzić pewnien dystans, to ja się w tym odnajduję w stu procentach. Brzmi to
jak nie wiadomo co, ni bóbr, ni wydra, ale wyobraźcie sobie, że jest to
definicja paryskiego szyku – przynajmniej tak wynika z podręcznika paryskiego stylu Ines de la Fressange ("Paryski szyk. Podręcznik stylu..") ,
która jest tego stylu wcieleniem i ikoną, więc chyba wie co mówi..
No więc ja też już wiem – wewnętrznie, ciuchowo jestem paryżanką, pozostaje jeszcze sprawa uzewnętrznienia tego w jakiś sposób. Wydaje się to dosyć proste, no bo paryski styl, to wiadomo - paski, apaszki, cygaretki, trencze, mała czarna, berety i baletki. Wystarczy wrzucić to na siebie w takiej lub innej konfiguracji, i bingo - mamy to. W pewnym sensie tak, ale jest ryzyko, że niestety uzyskamy efekt rodem z Burdy - taki trochę szablonowy i bez ducha.
A ducha to już każda paryżanka (z urodzenia, czy nie) musi tchnąć własnego, bardzo indywidualnego i szytego na swoją miarę. Dlatego mówimy NIE wszelkim gotowym kompletom (zbyt daleko posunięta harmonia i dopasowanie nie jest chic), trendom i masthewom, a aktualne it bags omijamy szerokim łukiem (natomiast łaskawym okiem spoglądamy na vintage, zawsze en vogue). Same wiemy (czujemy) co jest dla nas najlepsze, i nikt nam nie będzie mówił co i jak mamy nosić. Noo, ostatecznie możemy dopuścić jakiś mały, dyskretny (ale trafiony w punkt) akcencik z aktualnych trendów, żeby w razie czego utrzeć nosa wszystkim fashionistkom i innym „ofiarom mody”.
![]() |
| Autorka i jej dzieło (więcej zdjęć tutaj) |
No więc ja też już wiem – wewnętrznie, ciuchowo jestem paryżanką, pozostaje jeszcze sprawa uzewnętrznienia tego w jakiś sposób. Wydaje się to dosyć proste, no bo paryski styl, to wiadomo - paski, apaszki, cygaretki, trencze, mała czarna, berety i baletki. Wystarczy wrzucić to na siebie w takiej lub innej konfiguracji, i bingo - mamy to. W pewnym sensie tak, ale jest ryzyko, że niestety uzyskamy efekt rodem z Burdy - taki trochę szablonowy i bez ducha.
A ducha to już każda paryżanka (z urodzenia, czy nie) musi tchnąć własnego, bardzo indywidualnego i szytego na swoją miarę. Dlatego mówimy NIE wszelkim gotowym kompletom (zbyt daleko posunięta harmonia i dopasowanie nie jest chic), trendom i masthewom, a aktualne it bags omijamy szerokim łukiem (natomiast łaskawym okiem spoglądamy na vintage, zawsze en vogue). Same wiemy (czujemy) co jest dla nas najlepsze, i nikt nam nie będzie mówił co i jak mamy nosić. Noo, ostatecznie możemy dopuścić jakiś mały, dyskretny (ale trafiony w punkt) akcencik z aktualnych trendów, żeby w razie czego utrzeć nosa wszystkim fashionistkom i innym „ofiarom mody”.
Poradnik Ines de la Fressange bardzo dobrze oddaje tego paryskiego
ducha. Pokazuje, że owszem są pewne zasady ubierania się, ale równie
ważne jest ich łamanie, dystans i pewna doza nonszalancji. Nie można się starać
za bardzo, totalnie - musi być jakiś oddech, niedopowiedzenie i przełamanie w naszej
„stylizacji”. Tak więc nośmy perły do t-shirtu, brylanty do dżinsu, sandałki i
sweterki do sukni wieczorowej, męskie marynarki do koronek, czy cekinów, itd.,
itp… Czujecie to? U nas niestety jest dosyć ciężko z akceptowaniem
takich trochę nieoczywistych zestawów, bardziej cenimy sobie schematy,
wszystko musi do siebie pasować, być "pod linijkę", bo inaczej jest "nieelegancko". Ale czym jest
obecnie elegancja? Czy jej pojęcie nie zmieniło się? Na pewno nadal bazuje na
klasycznych formach i kolorach, ale wykończenie powinno już być inne, bardziej
indywidualne i twórcze. Styl paryski jak widać jest lekko wywrotowy i
przewrotny zarazem, ale paryżanki na pewno wiedzą co robią, w końcu nie bez powodu uchodzą
za najlepiej ubrane kobiety na globie.
Fajne jest też to, że paryski szyk nie istnieje bez poczucia
komfortu i wygody, więc jeżeli źle czujemy się w szpilkach, to nośmy baleriny,
nie lubimy mocnego makijażu i czerwonych ust to nośmy makijaż niewidoczny (czyli le no make-up look). Fryzurą też nie trzeba sobie specjalnie zaprzątać głowy,
wystarczą zadbane i dobrze obcięte włosy (no tak, królestwo za dobrego fryzjera..), a lekki (ale kontrolowany) nieład na
głowie to jest to. Czegóż chcieć
jeszcze - ja nie mam więcej pytań!
No więc opętał mnie ten duch i postanowiłam po raz kolejny
wywrócić swoją szafę do góry nogami i znów wykonać tę daremną i syzyfową pracę
przejrzenia jej, uporządkowania i stwierdzenia na ile jest chic – a na ile nie. Jedną z pierwszych rzeczy, która wpadła mi w
ręce była jakaś taka zwykła, bieliźniana koszulka o prążkowanej fakturze – o dokładnie
taka, jaką nosił nieco grubiański Stanley Kowalski w „Tramwaju zwanym
Pożądaniem”. Tak dla zilustrowania (bo zawsze warto popatrzeć na młodego
Marlona Brando):
Często noszą ją też murarze. W pierwszym odruchu miałam się jej oczywiście pozbyć, aż tu
nagle grom z jasnego nieba i olśnienie – toż to o takim topie pisała Ines, jako
o jednym z podstawowych elementów paryskiego stylu! Musi być prosty, najlepiej
biały, lekko bieliźniany w charakterze i lekko przyciasny, żeby uzyskać
„superstylowy efekt naciągniętego materiału”. No wszystko się zgadzało, więc
zapałałam do koszulki wielkim pożądaniem i zaczęłam ją wykorzystywać (jakkolwiek
to brzmi) bardzo często.
Na początek postanowiłam oczywiście zbudować na niej „stylizację
paryską”. Dobrałam więc do niej granatowe, dżinsowate (ale za to w kant)
spodnie, no i - w celu przełamania tej, jakże basicowej całości - oczywiście
moje ulubione wężowo-cekinowe bolerko, bo wciąż uparcie twierdzę, że pasuje
zawsze i wszędzie. Żeby dokonać jeszcze większego przełomu, założyłam też lekko
etniczne sandałki (tak mi się jakoś skomponowały z fakturą bolerka). Poszłam
nawet o jeden most za daleko i całość uzupełniłam kolczykami w kształcie
skorpionów, na szczęście na zdjęciach ich nie widać. Torba to moja zdobycz z
allegro, trochę przypomina mi Kelly bag Hermesa (<3), wiec w ałtficie quasi
paryskim jest chyba ok.




O, kolejny wpis:) Bardzo się cieszę:)
OdpowiedzUsuńKolorystycznie mi się podoba:) Najbardziej - rzecz jasna - bolerko:):):) jest takie stylowe i na tyle uniwersalne, że pasuje do wielu stylizacji i z jeansami do biegania po mieście i z ołówkową spódnicą:)
Nie przepadam jednak za rozszerzanymi spodniami, tzn. jeśli już to muszą być bardzo, bardzo szerokie na dole, tak by zakrywały mi buty. I chyba bardziej pasowałyby buty na obcasie, ale oczywiście to tylko moje zdanie:)
Masz fajny styl pisania, więc z wielką przyjemnością czyta się o paryskim stylu:) ech, paryżanki mają to "coś", chociaż mój znajomy Francuz jak przybył pierwszy raz do Polski, to stwierdził, że Polki to dopiero są prześliczne i mają klasę:)i porzucił Paryż na rzecz Polski i polskiej żony! Ale oglądając paryżanki, to mimo wszystko kompleksów można sie nabawić, bo mają piękne cery i bardzo zadbane włosy, no i te ciuchy.... ech
Pozdrawiam serdecznie z Poznania:)
Kaś
PS. czekam na kolejne stylizacje:)
Dzięki za komentarz i pozdrowienia dla znajomego:) Wiadomo- nie wszystkie paryżanki są takie chic, a pewnie nawet większość z nich nie jest i na ich tle Polki prezentują się lepiej, no ale niemniej ten osławiony paryski styl i jego realne przedstawicielki na pewno istnieją i warto je podpatrywać i uczyć się od nich (jeśli ktoś ma ochotę oczywiście), bo to całkiem przyjemne zajęcie:)
UsuńPrawa ręka wygląda trochę zabawnie, jakby była sztuczna:D
OdpowiedzUsuńbo jest;))
Usuń