niedziela, 4 marca 2018

Paryski szyk prosto z lumpeksu

Czyli jak skutecznie łowić perełki w morzu niewiele wartych ciuchów.

W tym wpisie chciałabym nawiązać do kwestii, która pojawiała się już w poprzednich postach dotyczących paryskiego szyku. Zwracałam w nich uwagę, że podstawowym warunkiem uzyskania efektu paryskiej elegancji jest noszenie ubrań dobrej jakości.
Oczywiście, nie musimy być od stóp do głów spowite w jedwabie i kaszmiry, bo warto łączyć tańsze elementy z droższymi, ale dobrze mieć w swojej garderobie kilka sweterków dobrej jakości (z kaszmiru, alpaki, wełny merynosowej, czy zwykłej owczej, albo ich mieszanek), 2-3 wełniane żakiety, klasyczne, proste, porządne dżinsy bez żadnych ozdóbek, jedwabną, koszulową bluzkę, czy lniane ubrania na lato. Nosząc ciuchy dobrej jakości, narzucone i połączone z innymi jakby od niechcenia,  uzyskamy efekt słynnej paryskiej nonszalancji. "Zainwestuj w kilka luksusowych sweterków i żakietów" to jednak samo w sobie dość nonszalanckie stwierdzenie, na szczęście z pomocą przychodzą nam... LUMPEKSY!:)

Nie będzie przesady, jeśli powiem, że w lumpeksach łowię już od jakichś 20 lat, swego czasu prowadziłam też sklep z ubraniami i dodatkami vintage, więc pewną praktykę mam:) Przeszłam już chyba wszystkie fazy zauroczenia lumpeksowymi ciuchami - od kupowania sterty niepotrzebnych ubrań, tylko dlatego że wydawały mi się fajne i że były tanie, poprzez piękne i charakterystyczne sukienki z lat 50-tych i 60-tych, których jednak i tak nie nosiłam, bo nie do końca dobrze się w nich czułam (na szczęście mogłam je wstawiać do sklepu i trafiały w dobre ręce), aż do fazy obecnej, kiedy to skupiam się na starannym wyszukiwaniu klasycznych ubrań o jak najlepszej jakości.
Marka nie ma dla mnie fundamentalnego znaczenia, ale oczywiście cieszę się, jak trafię na spodnie Chanel, żakiet J. Crew, czy sukienkę MaxMara. Ale równie dobrze może to być piękny francuski płaszczyk nieznanej marki z lat 60-tych, uszyty z najwyższej jakości wełny, w idealnym stanie, w cenie 7 zł:).

Dzisiaj podzielę się z Wami kilkoma moimi sprawdzonymi trikami i sposobami na to jak kupować w lumpeksach, poniżej też trochę zdjęć moich łupów.

Zacznę od tego, że najbardziej nie lubię kupować w wielkich, sieciowych lumpeksach, które obecnie w zastraszającym tempie opanowują mniejsze i większe polskie miasta. Mimo że jestem fanką second-handów, to jednak smuci mnie fakt, że znajdują się one nawet na głównych i  - wydawałoby się, najbardziej prestiżowych - ulicach naszej stolicy np. Coś to jednak mówi o poziomie życia w naszym kraju..

Ale wracając do rzeczy - lumpeksów sieciówkowych nie lubię, bo jak nietrudno się domyślić, znajdują się w nich w ogromnej większości (i ilości) rzeczy prosto z sieciówek, masowe, dość kiepskiej jakości, czyli dokładnie to, czego akurat w lumpeksach nie szukam.
Rzeczy markowe, z wyższej półki, bardzo dobre jakościowo, czy wręcz luksusowe stanowią jakieś 10% asortymentu, wiec bardzo trudno jest je wyłuskać w całym tym morzu niewiele wartych ubrań. Ja nieskromnie mówiąc - potrafię:), ale to - jak wspomniałam na początku - lata praktyki, rentgen w oku oraz intuicja i pewna doza samozaparcia:).
Zaglądam jednak i do takich sieciówkowych molochów, bo akurat mam je na trasie swojej codziennej marszruty, a na dojazdy do tych bardziej kameralnych i ciekawszych nie mogę sobie pozwolić ze względu na brak czasu.

Teraz przekażę Wam na kilka praktycznych wskazówek, jak łowić w tego typu lumpeksach.
Pewnie spotkałyście się już ze stwierdzeniem, że udając się na zakupy do second-handu nie należy nastawiać się na znalezienie jakiejś konkretnej rzeczy, która w tym momencie byłaby przez nas najbardziej pożądana - np. małej czarnej, sweterka w romby, czy kamelowego płaszcza... Że trzeba mieć otwarty umysł oraz sporą dawkę wyobraźni, żeby przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, to co akurat los nam podsunie:)

Nie do końca sprawdza się to w przypadku sieciówkowych molochów. Oczywiście, otwarty umysł i wyobraźnia przydają się jak najbardziej, ale zaglądając do nich, warto obrać sobie jakiś cel - np. taki, że polujemy na sweterki albo na wełniany płaszcz np., i skupić się na przeszukiwaniu lumpeksu pod tym kątem, koncentrując się na sektorach sweterkowych, płaszczowych, itd.. Wtedy fizycznie będziemy w stanie ogarnąć temat, dokładniej przejrzeć możliwe największą ilość ubrań, poczytać składy, poprzymierzać...


Ten różowy oczywiście z działu męskiego:)

Przymierzanie jest bardzo ważne, bo ilekroć - widząc kolejkę do przymierzalni - machnęłam ręką i kupiłam coś "na oko", w przekonaniu, że na pewno będzie pasować, to prawie zawsze taka rzecz nadawała się do d...:) O ile kosztowała grosze, to jeszcze dało się przeżyć, ale w przypadku kilkudziesięciu złotych to już można było sobie w brodę pluć.
Zawsze więc warto zarezerwować sobie trochę więcej  czasu, wziąć poprawkę na kolejki do przymierzalni (których zazwyczaj jest za mało) i ZAWSZE wszystko przymierzać, bo przecież zwrócić się nie da.

Ale jak w ogóle wyłuskać cokolwiek, co chciałybyśmy przymierzyć? Najlepiej byłoby przejrzeć całą ofertę, wieszak po wieszaku i wybrać z niej wszystko co najlepsze. Jest to jednak zbyt praco- i czasochłonne, albo i wręcz niemożliwe, więc musimy obrać sobie jakieś kryterium.
Ja staram się od razu wyłapać jakość - skanuję wzrokiem wieszaki i do razu wiem;). Hmm, tak dobrze to jeszcze nie ma:), ale sięgam po rzeczy, które wydają mi się dobrej jakości i faktycznie często trafiam w dziesiątkę. Dla potwierdzenia sprawdzam od razu metkę - jeśli, dajmy na to, sweterek jest akrylowy, to odwieszam od razu, bo nie o taką jakość mi chodziło..
Liczy się tylko kaszmir, prawdziwa wełna, wełna merino, moher, jakąś jedwabną domieszką też nie pogardzę, ale jeśli domieszka akrylu czy czegoś innego sztucznego, to tylko do 50%. Czasem, kiedy mam pokusę przygarnięcia  sweterka bardzo w moim typie, który jest nawet przyjemny w dotyku, wyglądający na dobrej jakości i prawie jak nowy, ale jednak akrylowy, to staram się  szybko uświadomić sobie, że podczas noszenia na 100% straci fason, zmechaci się i będzie wyglądać dość żałośnie, i szybko go szybko odwieszam.

Wełniany sweter w butelkowej zieleni oraz spódnice z którymi sweterki można łączyć

Tu od razu dodam, że nie jest tak, że dobre gatunkowo sweterki nie obrastają w kulki - jest do dosyć naturalny i nieunikniony proces, jednak o wiele mniej intensywny w przypadku dobrej gatunkowo wełny, niż akrylu. Dobra golarka do swetrów jest naszym jesienno-zimowym niezbędnikiem, bez tego prozaicznego narzędzia nie osiągniemy efektu "effortless chic". Czytałam gdzieś, że najlepsze kaszmiry z każdym kolejnym praniem powinny wyglądać i sprawować się coraz lepiej - coś w tym jest, bo mam czarny, kaszmirowy, nieziemsko miękki i przytulny sweter, który wyprałam wbrew zakazowi na metce i absolutnie nic się z nim nie stało - ani po pierwszym, ani po żadnym kolejnym praniu. W trakcie użytkowania pojawiło się tylko trochę kuleczek, które z przyjemnością potraktowałam golarką, bo golenie swetrów bardzo mnie relaksuje:)

Czasem, podczas przeglądania wieszaków, nie wyłapię konkretnej rzeczy, ale mignie mi przed oczami metka z marką, którą kojarzę całkiem dobrze, albo tylko trochę, ale mam pewne podejrzenie, że za nią może się kryć coś więcej, więc obowiązkowo taką rzecz oglądam. Nie dlatego, że jakoś wyjątkowo snobuję się na metki i marki, ale dlatego, że zazwyczaj dobra marka jest gwarantem jakości, czasem tak wysublimowanej, że że na pierwszy rzut oka nie jesteśmy w stanie jej docenić. Na wieszaku taka rzecz może wyglądać nieciekawie, bardzo niepozornie i dopiero  po przymierzeniu pokaże wszystkie swoje walory - mistrzostwo kroju, świetne podkreślenie figury, komfortu noszenia... Zresztą sam wygląd metki, design, sposób jej wykonania, wszycia, informacje jakie zawiera, też może nam sporo o jakości danej rzeczy powiedzieć.

Mamy sprawdzoną metkę, skład, pozostaje kwestia rozmiaru. Moje podejście do rozmiaru ostatnimi czasy całkiem się zmieniło. Kiedyś, jeśli znalazłam świetną rzecz, ale w za dużym rozmiarze, to nawet nie myślałam o jej przymierzeniu i z żalem odwieszałam, a teraz z założenia odrzucam swetry czy płaszcze w moim właściwym rozmiarze, a kocham oversize:) Nie wiem, czy to bardziej chęć ukrycia niezbyt już doskonałych kształtów, ukrycia się przed światem, czy wpływ trendów (które być może podświadomie przyswajam), ale liczą się dla mnie tylko duże, za duże swetry, miękkie, przytulne, ze szlachetnej wełny, sięgające poniżej bioder, komfortowe w noszeniu, dające poczucie bezpieczeństwa bladym, chłodnym świtem. Można je też bardzo fajnie, kontrastowo zestawiać ze zwiewnymi, szyfonowymi spódnicami, czy sukienkami - oczywiście w towarzystwie grubych rajstop. Tak więc polecam Wam sięgnięcie po większe rozmiary, bo wbrew pozorom można wyglądać w nich lepiej, szczuplej i ciekawiej niż w opiętym sweterku.

Pierwszy sweter to 100% kaszmir, marka Pringle of Scotland, sukienka - 100% wełna, Boden.

Trzeba tylko zwrócić uwagę na to, żeby taki sweter nie opierał się na biodrach, czy gdziekolwiek poniżej - powinien zwisać swobodnie, bo tylko wtedy da efekt wyszczuplenia. Tak więc powinien być dosyć konkretnie za duży - nie tak trochę, ale najlepiej o jakieś dwa rozmiary. Nie powinien mieć jednak zbyt szerokich pach, bo - raz, że nie wygląda to dobrze, a - dwa - może być kłopotliwe w noszeniu wierzchnich okryć. Za długie rękawy to nie problem, bo można je nonszalancko podwinąć, albo nosić podciągnięte.

Ale wróćmy do kryteriów wyszukiwania - jeśli nie mamy jeszcze wprawy w rozpoznawaniu jakości materiałów, ani też specjalnego rozeznania w metkach, czy markach, to kierujmy się ulubionymi kolorami, wzorami lub fakturami - namierzajmy kratki, kwiatki, melanże, grube sploty, warkocze, czy co tam lubimy, potem sprawdzajmy metki ze składem i rozmiarem oraz stan sweterka i jeśli wszystko się zgadza, to oczywiście przymierzajmy.

Przymierzenie jest bardzo ważne nie tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy dana rzecz pasuje na nas, ale podczas przymierzania jesteśmy też w stanie lepiej wyłapać ewentualne wady i uszkodzenia. Warto też sprawdzić, czy piękny wełniany sweterek nie ma dziur, kierując jego pojedynczą warstwę pod światło. Nie wszystkie dziurki czy rozprucia muszą od razu dyskwalifikować - cześć z nich, zwłaszcza te w mniej eksponowanych miejscach (np. pod pachami, na dole ściągacza, czy na szwach) jest łatwa do naprawienia i na grubszych fakturach nie pozostanie nawet ślad.  Jeśli jednak sweterek jest z cienkiej, jednolitej dzianiny i ma dziurkę w eksponowanym miejscu, to nie ma się co łudzić, że naprawimy ją bez śladu - wtedy lepiej dać sobie spokój.

O ile wcześniej pisałam o tym, że przeszukując duże lumpeksy warto zawęzić sobie pole działania na konkretną dziedzinę, o tyle teraz zdradzę Wam, że warto jednak poszerzyć je sobie o dział męski:).
To właśnie na działach męskich znajduję najlepsze oversizowe swetry - w kwestii rozmiaru jest to jak najbardziej zrozumiałe, ale też nie jest tajemnicą, że nawet zwykłe sieciówki produkują  męskie ciuchy w o wiele lepszej jakości niż damskie. Głownie dlatego, że panowie kupują rzadziej i dana rzecz musi w dobrym stanie przetrwać dłużej, a co za tym idzie - musi być lepszej jakości. Korzystajmy więc z tego i bez skrupułów zapuszczajmy się w męskie rewiry.

Tu zdradzę Wam kolejny trik -najlepsze dżinsy dla siebie znajduję również na dziale męskim, a wcale nie mam męskiej figury. Męskie spodnie leżą na moim sporym tyłku jak ulał:). Na dziale męskim znajduję oczywiście najlepsze boyfriendy - zapinane na guziki, z lekko zwężającymi się nogawkami, które fajnie wyglądają po podwinięciu. Również męskie rurki (cóż za oksymoron), które są wg mnie optymalne, bo są wąskie, ale nie opinające. Męskie dżinsy nie mają też niepotrzebnych przeszyć i ozdóbek, mają też mniej streczu niż damskie i są przez to bardziej szlachetne i eleganckie, a o taki efekt przecież nam chodzi. Problem może być jedynie z długością - ale właściwie tylko w przypadku rurek, bo boyfriendy  podwijamy, a inne fasony możemy zgodnie z panującymi trendami prostu obciąć i lekko wystrzępić.
Naturalnie, nie ograniczam się tylko do dżinsów - szukam również dobrych jakościowo, materiałowych spodni w mniejszym rozmiarze, nie pogardzę też też świetną, w miarę dopasowaną rozmiarowo, męską marynarką - lekko za szerokie ramiona są teraz bardzo na czasie.

Wełniane kurtki oraz płaszczyk - ten ostatni z działu męskiego, ale w dość małym rozmiarze

Powyższe wskazówki są przydatne przede wszystkim w odniesieniu do dużych, sieciówkowych second-handów, jednak najlepsze łupy i skarby można upolować w małych, zapyziałych lumpeksach, umiejscowionych w mrocznych podwórkach, czy bramach, do których nawet czasem strach wejść - ale to już sport dla bardziej zaawansowanych i zdeterminowanych:). Na początek polecam te większe, sieciówkowe, które mają co prawda bardziej przewidywalny asortyment, ale dają też większy komfort poszukiwań..

Na koniec zdradzę Wam, że tekst ten zaczęłam pisać prawie równo 2 lata temu.. Niezły wynik:)
W tym samym mniej więcej czasie rozpoczęłam też pracę na etacie, która wraz z dojazdami, obsługą domu, wychowywaniem dziecka i jeszcze innymi komplikacjami życiowymi, pochłonęła mnie na tyle, że blogowanie poszło całkowicie w odstawkę. Jednak zatęskniłam za tym, bo mimo że to dosyć błahe zajęcie, na niezbyt ważkie tematy, to przekonałam się, że w pewnym stopniu potrzebne mi do utrzymania równowagi życiowej. Dlatego wróciłam (zobaczymy na jak długo:).. Czas spędzany na pisaniu bloga, to tylko i wyłącznie mój czas, robię to bo lubię i chcę, robię to przede wszystkim dla siebie i mam nadzieję to kontynuować..W każdym razie postaram się:)

A sam tekst jak najbardziej aktualny, mimo że paryski szyk troszkę teraz wyparty przez "dress scandinavian", to oversizowe swetry i ubrania podebrane facetom (uzupełnione odpowiednimi dodatkami) jak najbardziej wpisują się też w look skandynawskiej drwalki:)

Niedługo o tym, jak w garderobie z drugiej ręki wyglądać pierwszorzędnie na wiosnę:)

A Wy - co ciekawego ostatnio upolowałyście?


wtorek, 30 września 2014

Neverending story, cz. I

Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam podzielić się z Wami garścią moich ciuchowych wspomnień.. Może dlatego, że w tych zamierzchłych czasach ciuchy interesowały mnie o wiele bardziej niż  teraz, a bycie blogerką modową zobowiązuje jednak do wrócenia od czasu do czasu do tematu. A wracam, i to daleko wstecz, tym chętniej, że jestem przecież vintage-maniaczkąJ

Najstarszym moim ciuchowym wspomnieniem, pochodzącym z dosyć wczesnego dzieciństwa, jest chyba różowa, pętelkowa czapka zawiązywana pod brodą. Czułam się w niej dziwnie – jak jakiś ufoludek, a wyglądałam w niej niczym Gagarin.. Te skojarzenia naszły mnie oczywiście dopiero później, kiedy oglądałam zachowane w niej zdjęcia i kiedy już byłam odpowiednio zindoktrynowana. Tak czy inaczej, nie czułam się w tej czapce najlepiej, wręcz jej nienawidziłam, w ataku furii zdarzyło się, że zdarłam ją z głowy i podeptałam – oczywiście, tak żeby mama nie widziała.. A mama, niczego nieświadoma (chyba!) wciąż mnie w nią ubierała – cóż, dużego wyboru wtedy nie było, a ona była taka ładna, różowa i ciepła.. W celu odreagowania traumy (albo i z sentymentu), sprawiłam swojej córce podobną, i chyba się udało, bo ona nie zwracała na nią najmniejszej uwagi.


W znienawidzonej czapce, chociaż tu wyglądam na całkiem zadowoloną.. 

Parę lat później, w okresie wczesnej podstawówki, kolejną hitową rzeczą musiały być  hipsterskie spodnie-dzwony w kaczuszki.. Nie pamiętam ich zbyt dokładnie, ale za to zostały dobrze udokumentowane i jak widać, świetnie nadawały się na motocyklowe przejażdżki.

Spodnie w kaczuszki w akcji, w zestawieniu ze sweterkiem robionym przez babcię

Dużo lepiej pamiętam same przejażdżki z tatą - na Jawce, później na wypasionej, dużej Jawie z dwoma rurami wydechowymi.. Ta prędkość, niskie branie zakrętów, kask w kształcie jaja.. Najpierw zawsze jednak oczekiwanie w napięciu, czy motor odpali.  Wybieraliśmy się na całkiem długie wycieczki – nawet do Poznania, który był odległy o ok. 100 km. Już nie mówiąc o trochę bliższej okolicy, którą zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, bo tata miał coś na kształt obsesji na punkcie zwiedzania wszelkich okolicznych zabytków, mniej lub bardziej zachowanych, starych dworków, pałaców i cmentarzy.. Czasem łapały nas po drodze jakieś burze, czy ulewy i wtedy pamiętam, że próbowaliśmy chronić się w napotkanych po drodze gospodarstwach, u nieznajomych ludzi. Niektórzy okazywali się całkiem mili, chętnie zapraszali do środka, częstowali plackami i jeszcze opowiadali ciekawostki o zwiedzanych przez nas miejscach. Niektórzy, trochę bardziej nieufni, straszyli psami, albo łapali za siekierę. Różnie to było.. 
A spodnie w kaczuszki? Wbrew pozorom nie odczuwałam w związku z nimi żadnej traumy, były chyba po prostu wygodnym ubraniem  na motor, a z tego niejako „przymusowego” zwiedzania okolicznych zabytków wzięło się chyba moje późniejsze zamiłowanie do wszelkich staroci, no i pewnie też  reumatyzm.. 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Najpiękniejsze suknie jesieni

Aby umilić sobie oczekiwanie na jesień i na półroczny okres smutku i ciemności, którego szczerze nienawidzę (i co roku wydaje mi się, że tym razem to już nie przetrzymam), postanowiłam przejrzeć jesienne kolekcje projektantów, pod kątem proponowanych przez nich sukni i sukienek. Oczywiście, niedługo trzeba będzie  myśleć o płaszczach, kurtkach i ciepłych butach, w których przyjdzie nam przez pół roku pomykać, ale na razie skupmy się na czymś przyjemniejszym..

Jak wywnioskowałam z obejrzanych kolekcji, jesień będzie stać pod znakiem koronek, szyfonów, czerni i szarości, ale będą też obecne mocne, czyste barwy wzorowane na kamieniach szlachetnych, które czasem te nieco mroczne, gotycko-wiktoriańskie klimaty, rozjaśnią. W każdym razie będzie bajkowo - oczywiście raczej pod znakiem bajek autorstwa braci Grimm:) Będą zagubione Czerwone Kapturki, złe czarownice, niewinne księżniczki w bieli i Kopciuszki w szarościach.. Taką jesień lubię.

Które projekty to Wasza bajka?:)

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.style.com


Valentino



środa, 2 lipca 2014

Hot fuchsia

Jak może zorientowałyście się po poprzednim poście - nadeszła ta wiekopomna chwila i nawiązałam współpracę (to brzmi dumie!) z pewną młodą i zdolną dziewczyną, która interesuje się fotografią, niedługo wybiera się na studia w tym kierunku, a póki co będzie na mnie ćwiczyć swój warsztat. Pewnie nie wiedziała w co się pakuje, bo drugiej tak niefotogenicznej osoby nie ma, ale jak już sobie ze mną poradzi, to potem będzie miała łatwiej. Na razie zaliczyłyśmy trzy sesje no i co tu dużo mówić, obie się uczymy - panowania nad światłem, pozą, materią (ożywioną i nieożywioną).. To wszystko musi się zgrać i spotkać w odpowiednim momencie i jeszcze wstrzelić w nasze wizje.. Tak że sprawa nie jest prosta, ale próbujemy. Ja jestem całkiem zadowolona z efektów, bo nigdy lepszych zdjęć nie miałam - i widzę też postęp. Mam jednak sporo "lekcji do odrobienia" - może ktoś wie jak stracić 10 kilo w 10 dni? (bez użycia photoshopa;))

Ałtfity na razie wybieram dość bezpieczne i sprawdzone (oj, kiedyś to się rozhulam;)), żeby zminimalizować ryzyko, ale pewnego upalnego dnia zaszalałam z kolorem i założyłam fuksjową bluzkę (była już kiedyś na blogu). Fuksja, inaczej mówiąc ciemny róż czy amarant to mój ulubiony kolor, zaraz po czarnym i białym, chociaż nie sięgam po niego zbyt często. Po fuksji jest limonka, na którą to już zdecydowanie wolę popatrzeć.. Bluzka ma oversizowy fason, albo mówiąc wprost - jest za duża o kilka numerów. Oversize jest fajny do momentu, kiedy nie nadmucha się jak balon:)

Czarne spodnie to może niezbyt oczywisty wybór na upał, ale te są lniane, przewiewne, więc spoko. Występowały też w poprzednim poście, bo ostatnio mam fazę na takie "dziadkowe" w fasonie spodnie, no i szczerze mówiąc, są to jedne z nielicznych, w które się mieszczę;)

Poniżej efekty naszej drugiej sesji, na trzeciej poczułyśmy lekkie zmęczenie materiału, no ale są wakacje, więc wyjazdy i rozstania, po których na pewno spotkamy się z nową energią i świeżym spojrzeniem:)
Pozdrawiam Kasię!



Bluzka sh
Spodnie sh
Sandały - River Island

czwartek, 19 czerwca 2014

Yo no soy marinero..

Nie jestem marynarzem (marynarką?), ale w poprzednim życiu z pewnością byłam... Albo będę w następnym. 
Uwielbiam morze, to co z morzem związane i wszelkiego rodzaju morskie klimaty, owoce morza, wiatr od morza, fale (również we włosach) i piasek pod stopami... 
Bardzo lubię morze Bałtyckie, chociaż wiadomo, aura tu kapryśna i ciężko o dobrą passę w pogodzie. Dla mnie to akurat bez większego znaczenia, bo niespecjalnie lubię wylegiwać się na plaży. Zamiast tego wolę zwiedzać latarnie morskie i porty - mam na tym punkcie małą obsesję. Te odrapane kutry, kolorowe kontenery, zwoje lin, plątaniny sieci, jakieś żelastwa, no i oczywiście ozonowy zapach ŚWIEŻYCH ryb..:) Niewiele osób podziela te moje fascynacje, no cóż.
Wypłynęło to chyba z mojej ulubionej książki dzieciństwa, którą była "Dzika Mrówka i tam-tamy". Style Digger pisała właśnie niedawno o ulubionych książkach z dzieciństwa i mnie też naszło na wspominki. Oprócz Mrówki był oczywiście Pan Samochodzik, powieści Niziurskiego i Bahdaja, wszystkie "Anie", Tomek Sawyer, ale to "Dzika Mrówka" wywarła największe piętno:)


Koszulka  w paski <3 

Napisał ją niejaki Perepeczko, podobno brat TEGO Perepeczki - mało znany autor, książka też nie należy do żadnego kanonu lektur dziecięcych, ale była ciekawie, humorystycznie i sugestywnie napisana. Opowiadała historię dwóch braci, których ojciec- marynarz zabrał w rejs statkiem do Afryki, no i przeżywali w czasie tej podróży różne perypertie - na samym statku, jak i w portach, do których zawijali. Do tej pory na hasło "port w Marsylii" mam dreszcze i bardzo chciałabym tam pojechać, albo raczej popłynąć:)

Na razie się jeszcze nie udało, ale zaliczyłam za to rejs promem na Bornholm.  Bardzo polecam  pobyt na Bornholmie - macie zapewnione czyste morze (chociaż dosyć chłodne), piękne, szerokie plaże z białym piaskiem (prawie puste!), ciszę, spokój, mnóstwo ścieżek rowerowych, pod dostatkiem świeżo wędzonych ryb i różnego rodzaju śledzi, za którymi ja akurat przepadam:)
Z powrotem już nie było tak spokojnie, bo dopadł nas sztorm - 7 stopni w skali Beauforta, więc zawinęłam po drodze do Rygi (i to nie raz:)) Tak więc morska przygoda w pewnym sensie zaliczona:)

Była też jeszcze jedna, bardziej egzotyczna, podczas pobytu na Filipinach, kiedy to wracałyśmy  z siostrą przepełnionym promem (jak się okazało, niespełniającym żadnych wymogów bezpieczeństwa) z jednej z licznych wysepek. Było naprawdę niewesoło, jeśli macie ochotę poczytać więcej na ten temat, i w ogóle o całym naszym pobycie na Filipinach, to zapraszam TUTAJ. Jakieś dziesięć lat temu popełniłam ten tekst, a niedawno odkryłam jeszcze funkcjonującego linka i bardzo się cieszę z tego wykopaliska:)

A teraz do rzeczy - oczywiste jest, że mając takie morskie fascynacje, znaczną część mojej szafy stanowią ciuchy w marynarskie pasy, paski i paseczki.. Jestem wdzięczna Coco Chanel za wprowadzenie ich na stałe do damskiej garderoby - nawet bardziej niż za "małą czarną":) Paski pewnie nie raz pojawią się na blogu, ale dziś, co za zaskoczenie.. kotwica! Ciężka.. ogromna..

A w tle - jeszcze niestety nie morskie klimaty, ale Staw Walczewskiego - też urokliwy:)


Koszulka H&M - sh
Lniane spodnie - Zara, sh
Tak, tak, spełnia się przepowiednia z zeszłorocznego posta, że tego lata będę nosić głównie len!

sobota, 17 maja 2014

Najlepsze torebki w sieci są..

.. oczywiście w sklepie Vintage Style :) To jeden z moich ""tajemnych" adresów, którym chciałabym się dziś z Wami podzielić. Chociaż pewnie część z Was, wielbicielek vintage, doskonale go już zna. Ja poznałam go kilka lat temu, za sprawą Szafy Sztywniary - i nie wiem, czy dziękować, czy wręcz przeciwnie, bo od tego czasu przepadłam:) 
Regularnie śledzę nowe dostawy, promocje, od czasu do czasu coś zamawiam, więc przez te kilka lat uzbierało się już tych torebek trochę i zdążyły wystąpić w kilku moich postach, np. tu, tu i tu. W zasadzie (oprócz jednej z Allegro), to chyba wszystkie torebki prezentowane na blogu (a to jeszcze nie cała moja  kolekcja:)) pochodzą ze sklepu pani Agaty. 

Z jednej strony można by stwierdzić, że jest ich dużo (ZA DUŻO), ale z drugiej strony - to są świetne jakościowo, skórzane torebki, często firmowe (np. Bally, czy Coccinelle) kupione za cenę najczęściej nie przekraczającą 100 zł! 
Są oczywiście w sklepie torebki i tańsze, i droższe. Najdroższe są te prawdziwie wintydżowe, "z szafy babuni", które oprócz doskonałej jakości materiału i wykonania, mają już pewną wartość historyczną, która z biegiem czasu będzie jeszcze rosła. 
Sama decyduję się raczej na torebki bardziej praktyczne - duże, pojemne (najlepiej mieszczące A4 i koniecznie możliwe do noszenia na ramieniu), z wytrzymałej skóry, przydatne w zwykłym życiu. Takich torebek - do pracy, na uczelnię, na zakupy jest w sklepie całe mnóstwo. Chociaż ostatnio kuszą mnie też piękne gobelinowe - bardzo w klimacie ostatnich kolekcji Dolce & Gabbana (np. ta fantastyczna czarna, haftowana w irysy).

Oprócz torebek, w sklepie Vintage style znajdziecie też trochę ciuchów, wiele innych dodatków (np. apaszki Hermesa!) i buty. To tu kupiłam moje ulubione karmelowe botki Bally (pokazywane np. w tym poście), które noszę non-stop od chyba trzech sezonów, i powiem Wam, że są nie do zdarcia - jednak co jakość, to jakość. 

Nowości w sklepie pojawiają się dosyć często - przynajmniej raz w tygodniu, najbliższa dostawa ma być na początku tygodnia, tak że warto trzymać rękę na pulsie, a najlepiej zapisać się do newslettera, żeby na przyszłość być na bieżąco (i żebym Wam wszystkiego nie wykupiła:))


Przejrzałam dosyć dokładnie aktualny asortyment sklepu i takie cuda udało mi się wyszperać:)


http://www.sklepvintage.pl/pl/c/GOBELINOWE/15


http://www.sklepvintage.pl/pl/c/TOREBKI-Z-BABCINEJ-SZAFY/48

środa, 7 maja 2014

Charles James - bohater ostatniej Gali w Metropolitan Museum of Art

A oto i prawdziwy bohater ostatniej Gali MET – Charles James oraz jego projekty.  To właśnie twórczość tego projektanta była motywem przewodnim wczorajszego święta mody, a w Metropolitan Museum of Art zainaugurowano wystawę dotycząca jego życia i pracy -„Charles James: Beyond Fashion”. Na wystawie zostały też oczywiście zaprezentowane fantastyczne kreacje, które stworzył.

Charles James (1906 – 1978) był z pochodzenia Anglikiem, projektował początkowo w Londynie, później w Paryżu, ale największe sukcesy odniósł pracując w Nowym Jorku, do którego przybył na stałe w 1940 roku. Nie miał fachowego wykształcenia, ale to nie przeszkodziło mu stać się jednym z największych, wręcz legendarnych, amerykańskich „krawców” kultywujących tradycje Haute Couture.


Charles James w 1939 r.  Fot. Cecil Beaton

Charles James był nie tylko mistrzem, ale i wizjonerem krawiectwa. Jego projekty charakteryzują się ciekawym krojem, nieoczekiwanymi cięciami, nowatorskimi łączeniami różnego rodzaju materiałów, geometrycznymi, czy wręcz architektonicznymi formami.
W procesie twórczym posługiwał się skomplikowanymi matematycznymi wyliczeniami i iście naukowym podejściem do materii. Wprowadził wiele nowości i „wynalazków” w zakresie projektowania – m.in. spiralny krój i (w 1929 r.) tzw. „taxi dress” –sukienkę tak łatwą i prostą w użytkowaniu, ze mogła być zakładana nawet na tylnym siedzeniu taksówkiJ
Najbardziej zasłynął oczywiście spektakularnymi, pełnymi przepychu sukniami balowymi, którymi inspirował się nawet Dior projektując New Look, ale był również autorem peleryn, obszytych futrem i haftami płaszczy, czy pikowanych żakietów.

Nawet dzisiaj jego projekty wydają się szalenie nowoczesne i nowatorskie, a gwiazdy uczestniczące w tegorocznej Gali miały bardzo wdzięczny temat do interpretacji. Komu udało się najlepiej?

Zdjęcia kreacji autorstwa Charlesa Jamesa pochodzą z www.metmuseum.org, a zdjęcia gwiazd z www.harpersbazaar.com i www.vanityfair.com

Charles James, suknie balowe, 1948.  Fot. Cecil Beaton

wtorek, 29 kwietnia 2014

Co słychać u "konkurencji"?

W poprzednim poście pokazywałam Wam ciuchy i dodatki znalezione głownie w lumpeksach stacjonarnych, ale oczywiście regularnie buszuję również w sieci. Mam swoje ulubione butiki vintage on-line, w których od czasu do czasu coś zamawiam, albo odwiedzam tylko po to, żeby zobaczyć co ciekawego się pojawiło.

Najchętniej przeglądam oczywiście działy z sukienkami, bo są chyba one najwdzięczniejszymi przedstawicielkami vintage:)
Jakiś czas temu trafiłam również do sklepu Vintage-Szafa, gdzie zachwyciła mnie właśnie kolekcja sukienek - kolorowych, oryginalnych, w większości prawdziwie wintydżowych (teraz już mogę popromować konkurencję;))

Jak dowiedziałam się od właścicielek sklepu - inspiracją do jego otwarcia (a działa już 4 lata!) były londyńskie butiki vintage - raje dla osób ceniących sobie oryginalność i indywidualizm w modzie, lubiących podkreślać to w codziennych stylizacjach. I to właśnie głównie z Anglii sprowadzają ubrania do swojego sklepu. 

Przy zakupie powyżej 150 zł przesyłka jest za darmo, a jeśli chcecie być na bieżąco z informacjami o innych promocjach i nowych dostawach, to najlepiej zapisać się do newslettera sklepowego. 

Powiem Wam w tajemnicy, że najbliższa dostawa sukienek z lat 50, 60 i 70-tych już piątek 02.05! - Szykujcie się:)


A poniżej zdjęcia sukienek, które najbardziej wpadły mi w oko - same zobaczcie, jakie perełki można złowić:)


http://www.vintage-szafa.pl/index_szafa.php?id=item_details&record_id=1268


http://www.vintage-szafa.pl/index_szafa.php?id=item_details&record_id=1262

środa, 23 kwietnia 2014

Co nowego (starego) w mojej szafie?

Mimo że zrezygnowałam z prowadzenia sklepu, to jednak nie zrezygnowałam z wyszukiwania lumpeksowych okazji na własny użytek. Postawiłam sobie tylko warunek, że wszystkie rzeczy muszą mi w 100% odpowiadać i muszą być jak najbardziej użyteczne. Nie ma, że coś jest fajne i unikalne, ale nie do końca w moim rozmiarze czy stylu, a mimo to muszę to mieć (znacie to?), bo koniec końców, i tak bez sensu zapycha szafę. 

Poniżej zamieszczam małą prezentację najciekawszych łupów z ostatnich miesięcy - moje założenie udało mi się spełnić tak w 90% :)


1. Mała czarna marki Coast - ma fajny, dopasowujący się do figury, fason, dobrze wygląda też z paskiem. Ma trochę zbyt duży dekolt, ale można założyć pod spód jakąś białą, czy szarą koszulkę i będzie ok.

2. Chyba znalazłam sukienkę idealną (na jakieś większe okazje oczywiście). Jest szyfonowa i z falbanek <3, ma piękny kolor purpury. Góra usztywniona jest fiszbinami, ale dodatkowo ma też regulowane ramiączka - dla mnie to zawsze plus. Marka też całkiem niezła - Jasper Conran. No i można ją prać, z tym że jeśli chodzi o prasowanie, to jest nieco masakryczna:) 


1. Czarno-biała sukienka marki Talbot's, kupiona podczas Wieszaków Vintage Sale. Zamiast skupiać się na sprzedawaniu własnego towaru, to latałam po stoiska w poszukiwaniu czegoś dla siebie:)

2. Szara pantera marki Atmosphere.

środa, 9 kwietnia 2014

Kto te wszystkie ciuchy nosi??

W poprzednim poście zajmowałam się wywołującymi sporo zainteresowania i zamieszania, kreacjami gości pokazów, ale to wciąż pokazy projektantów są w czasie tygodni mody najważniejsze. Prawda? Przynajmniej mam taką nadzieję.. Żeby wprowadzić siebie (i może przy okazji Was) w wiosenny nastrój, postanowiłam przejrzeć propozycje projektantów na bieżący sezon.
Zabrałam się do tego ambitnie, ponieważ chciałam prześledzić wszystkie pokazy na wiosnę 2014/15, które odbyły się we wszystkich czterech stolicach mody, wybrać z nich projekty, które spodobały mi się najbardziej i zaprezentować je na blogu.
Mój entuzjazm szybko jednak opadł, kiedy na portalu style.com okazało się, że projektantów biorących udział w tych wydarzeniach było.. ok. 500, a każdy z nich mógł pokazać około 40 propozycji.. No, oczywiście Karl Lagerfeld zaszalał i pokazał ich aż 90 :)  Macie pojęcie, kto te wszystkie ciuchy kupuje?? To jakieś szaleństwo..

No nic, zaczęłam przeglądać kolekcje - po kolei, ale na zasadzie wyrywkowej. Nie chciałam też ograniczać się do najbardziej znanych projektantów, którzy mają największą siłę przebicia i funkcjonują w masowej wyobraźni dzięki "wypasionym", gwiazdorskim kampaniom, czy nagminnemu podrabianiu ich projektów przez sieciówki.
Stwierdziłam, że "dam szansę" również mniej znanym i mniej oklepanym nazwiskom, i nie zawiodłam się - zresztą same zwróćcie uwagę na projekty Chalayna, Siriani czy Delpozo. Oczywiście, takich perełek jest tym S-Pecyficznym Oceanie  na pewno więcej i szkoda tylko, że ich wszystkich nie dam rady wyłowić.. Jeżeli macie jakieś swoje, mniej oczywiste typy, to podzielcie się w komentarzach. A jeśli ktoś dał radę przejrzeć wszystkie pokazy, to SZACUN:)  Ja dobrnęłam do litery D i chyba nie będzie dalszego ciągu, bo prędzej sezon przeminie, niż dobrnę do Z:) A poniżej przedstawiam sylwetki (ech, to fachowe słownictwo;)), które spodobały mi się najbardziej, z tego co zobaczyłam.

Alberta Ferretti


Alberta Ferretti zaskoczyła mnie odważnymi, kolorowymi kreacjami i nietypowymi połączeniami kolorystycznymi. Wygląda na to, że trochę chyba zainspirowała się poprzednimi kolekcjami Dolce&Gabbana;), ale jej projekty są na pewno bardziej subtelne, chociaż też z silnymi folkowymi odniesieniami. Czyżby inspiracji szukała nawet w dalekim kraju - na Mazowszu?;)  


środa, 19 marca 2014

Wiosenne na-stroje, czyli co słychać w Matriksie

Miniony miesiąc był bardzo intensywny dla branży modowej - wiadomo, w lutym w Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie i Paryżu odbywały się Tygodnie Mody (powszechnie znane jako Fashion Weeki), na których to najznamienitsi, najzdolniejsi i najlepiej rokujący projektanci poszczególnych metropolii, przedstawiali swoje kolekcje na jesień i zimę 2014/15.

Jest to dosyć dziwny czas w roku, bo nagle cała branża modowa koncentruje się tym, co będzie się nosić w odległym sezonie jesienno-zimowym, a przecież za rogiem czai się już zawsze bardzo wyczekiwana wiosna... Modelki defilujące na pokazach muszą niestety ignorować ten fakt i kroczą  prosto "z deszczu pod rynnę", czyli bardzo mroźną (jak to było w tego roku w NY), zimową porą, wkraczają niemalże w środek przyszłorocznej...;)  Ale ekscytacja towarzysząca oczekiwaniu na nowe, odkrywcze projekty jakich-jeszcze-nie-było sprawia najwidoczniej, że goście FW przestają odczuwać zimno, bo jak inaczej wytłumaczyć gołe nogi fashionistek pozujących przed Lincoln Center przy minus 20 stopniach?
Bo o ile modelki prezentują kolekcje, przynajmniej teoretycznie, jesienno-zimowe, o tyle goście pokazów często porzucają już aktualne zimowe trendy i mają na sobie kolekcje z nadchodzącego wiosenno-letniego sezonu. Wiadomo, w modzie liczy się to, żeby być do przodu...;)
Nieliczni Wybrańcy mają też możliwość zakrzywienia czasoprzestrzeni i wystąpienia w projektach, które dopiero zostaną zaprezentowane na pokazach i będą modne za rok:)

Tak, tak, świat mody to swoisty Matrix z własnym rytmem, kalendarzem, językiem, stolicami, wartościami i oczywiście obywatelami-fashionistami w futurystycznych butach i fikuśnych okularach (albo na odwrót), w kreacjach nie z tej ziemi..
Część z nas nie ma pojęcia o istnieniu tego świata, dla części jest całkiem obojętny, albo kompletnie niezrozumiały, ale na pewno dla jakiejś mniejszości jest fascynujący. Ogólnie rzecz biorąc ten świat pokazów mody, zmieniających się jak w kalejdoskopie trendów, odjechanych faszionistów, udziwnionych sesji w magazynach, "normalnym" ludziom wydaje się nierealny, niepoważny, czasem wręcz niepotrzebny, ale czy tak naprawdę to nie ciuchowy biznes nakręca ten świat od tysięcy lat? Tworzy hierarchie, dodaje majestatu, piętnuje, ośmiesza, podkreśla role, rozpala wyobraźnię, pozwala manipulować i wyrażać swoją osobowość, kamufluje, czasem zdradza coś niepotrzebnie..
A że ten ulotny pozornie świat ma na nas przemożny wpływ, niech świadczą armie klonów na ulicach, pokazujące, jednak w uproszczony i schematyczny sposób, to co dzieje się w Matriksie. Może i podążamy za białym królikiem, ale nigdy go nie złapiemy, bo on jest zawsze przynajmniej pół sezonu do przodu;)


"Milion lat przed naszą erą" też były fashionistki;) W roli głównej: Raquel Welch

Ale wróćmy do rzeczy - takie tygodnie, a w zasadzie całe miesiące, wypełnione od rana do  nocy modą, to na pewno istne szaleństwo i pewien rodzaj amoku. Maratony pokazów, które trzeba obejrzeć, sfotografować, zakodować - to jedno, ale przecież show nieustannie odbywa się też na zewnątrz, gdzie "hordy" fotografów ulicznych polują na ikony street style'u. Chociaż "polują" to chyba zbyt mocne określenie, bo ich "ofiary" przechadzają się z gracją (nawet mimo mrozu) po "placu boju", chętnie pozują, a nierzadko ubierają się (czy nawet przebierają) specjalnie po to, aby zaistnieć w jakimś liczącym się serwisie. Bez tego właściwie obecności na FW nie można mieć zaliczonej. A stylizacje gości Fashion Week'ów stają się coraz większą konkurencją dla samych kolekcji.
Wyróżnić się ubiorem w tym wyjątkowym czasie, wśród największych światowych fashionistów, jest z pewnością bardzo trudno. I nie trudno się domyślić, że w takich okolicznościach targowisko próżności zaczyna bardziej przypominać cyrk, często pod hasłem "zbłaźnij się, ale wyróżnij się.."

Wybrałam tu kilka "stylizacji", które pasowałby mi do tego hasła...



Z gołym brzuchem i gołym biustem na mróz?? Zobaczcie, jak dla odmiany poubierani są ludzie w tle:) Nie wiem jaki efekt panie chciały osiągnąć (komiczny?), ale chyba pozostaje współczuć.. 

Kobieta-Kot, Człowiek-Niedźwiedź oraz szczęko-buty mówią same za siebie... A co do spodni z różnymi nogawkami, to nie wiem co powiedzieć.   Zdjęcia z vogue.it

piątek, 28 lutego 2014

Pożegnanie z Manią

Na pożegnanie z Vintage - Manią wybrałam trochę najfajniejszych ciuchów (głównie sukienek), które pojawiły się w sklepie, i poniżej je przypominam. Ależ było pięknie..;) 

Niektóre z nich podobały się chyba przede wszystkim mnie, bo długo wisiały i czekały na swoją szansę, a kiedy w końcu "się sprzedały", to jednak żałowałam, że je puściłam w świat, zamiast zostawić sobie:) Mówię tu przede wszystkim o tej koszuli w kwiaty i spódnicy w spektakularny, paisley'owy wzór (z tym że ją musiałabym przerobić).
Pomiędzy zdjęciami opiszę inne "naj" związane z prowadzeniem sklepu.




Najfajniejszą i najciekawszą sprawą było oczywiście odbywanie rund po lumpeksach, pchlich targach itp., w poszukiwaniu nowego towaru. Również na wakacyjnych wyjazdach nie próżnowałam i starałam się odwiedzać napotkane przygodnie przybytki tanich szmat. Zasada jest taka, że im mniejsza miejscowość i bardziej spelunkowaty lumpek, tym ciekawsze i wartościowsze znaleziska się trafiały, np. piękna torebka z pytona, Fendi vintage, czy trencz YSL. Potrzeba było tylko odrobinę samozaparcia i brawury, bo im gorsza brama, tym lepszy towar;)

Fajne, ale i dosyć pracochłonne było potem fotografowanie ciuchów - na jedną rzecz wypadało ok. 30 ujęć, z których potem wybierałam kilka najkorzystniejszych. Fotografowanie było oczywiście poprzedzone praniem i prasowaniem - na szczęście lubię sobie pomedytować nad deską do prasowania, fajnie było też widzieć, jak dana rzecz pięknieje:) 
No i potem ubieranie manekina - to taki powrót do dzieciństwa, kiedy ubierało się lalki:) Na tym etapie mogłam też sobie od czasu do czasu poszaleć, tworząc całe "stylizacje", chociaż prostsze byłoby oczywiście fotografowanie pojedynczej rzeczy i już - no ale wiadomo, czasami człowiek wyżyć twórczo się musi... ;)





sobota, 1 lutego 2014

czwartek, 2 stycznia 2014

Dolce & Gabbana - kocham Was jak Italię!

Niezmiennie, od kilku sezonów zachwycam się kolekcjami duetu Dolce & Gabbana. Nie od końca mieszczą się one w mojej estetyce - ostatnio utrzymane są w duchu, który dość karkołomnie można określić jako barokowo-bizantyjski, są pełne przepychu i blasku, wręcz kapią od ozdób, złoceń i ornamentów, ale mają w sobie tyle temperamentu, radości życia i sycylijskiego słońca, że oczu nie mogę od nich oderwać :)  
No, po prostu są dla mnie kwintesencją pięknej Italii (dokładniej rzecz biorąc Sycylii), a oglądanie strony i kolekcji Dolce & Gabbana zawsze poprawia mi humor, zwłaszcza, kiedy za oknami szaro i depresyjnie :)  


Dolce & Gabbana, Fall 2013, RTW
zdjęcia z: www.style.com

Ciekawe jest to, w jak łatwy i naturalny sposób projektanci łączą sferę sacrum i profanum - inspirują się żywotami świętych oraz religijnymi motywami z historycznych, sycylijskich mozaik  i właściwie bezpośrednio przenoszą je materiały, w efekcie czego wizerunki świętych widnieją sobie - jak gdyby nigdy nic - na sukienkach, tunikach torebkach..:) Mało tego, ciuchy te prezentowane są potem w kampanii reklamowej na przepięknych, zmysłowych modelkach, wystylizowanych na młodą Sophię Loren.. Zresztą, co tu dużo mówić - gwiazdą tych kampanii jest Monica Bellucci (ona akurat przypomina swoją bohaterkę z filmu "Malena")! A sama kampania reklamowa, to jakby zatrzymanie w kadrach, obrazy z codziennego życia Sycylijczyków, gdzie sfery życia rodzinnego, towarzyskiego, uczuciowego i religijnego przenikają się bardzo mocno i mieszają ze sobą,  i nic nie jest tabu..