wtorek, 30 września 2014

Neverending story, cz. I

Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam podzielić się z Wami garścią moich ciuchowych wspomnień.. Może dlatego, że w tych zamierzchłych czasach ciuchy interesowały mnie o wiele bardziej niż  teraz, a bycie blogerką modową zobowiązuje jednak do wrócenia od czasu do czasu do tematu. A wracam, i to daleko wstecz, tym chętniej, że jestem przecież vintage-maniaczkąJ

Najstarszym moim ciuchowym wspomnieniem, pochodzącym z dosyć wczesnego dzieciństwa, jest chyba różowa, pętelkowa czapka zawiązywana pod brodą. Czułam się w niej dziwnie – jak jakiś ufoludek, a wyglądałam w niej niczym Gagarin.. Te skojarzenia naszły mnie oczywiście dopiero później, kiedy oglądałam zachowane w niej zdjęcia i kiedy już byłam odpowiednio zindoktrynowana. Tak czy inaczej, nie czułam się w tej czapce najlepiej, wręcz jej nienawidziłam, w ataku furii zdarzyło się, że zdarłam ją z głowy i podeptałam – oczywiście, tak żeby mama nie widziała.. A mama, niczego nieświadoma (chyba!) wciąż mnie w nią ubierała – cóż, dużego wyboru wtedy nie było, a ona była taka ładna, różowa i ciepła.. W celu odreagowania traumy (albo i z sentymentu), sprawiłam swojej córce podobną, i chyba się udało, bo ona nie zwracała na nią najmniejszej uwagi.


W znienawidzonej czapce, chociaż tu wyglądam na całkiem zadowoloną.. 

Parę lat później, w okresie wczesnej podstawówki, kolejną hitową rzeczą musiały być  hipsterskie spodnie-dzwony w kaczuszki.. Nie pamiętam ich zbyt dokładnie, ale za to zostały dobrze udokumentowane i jak widać, świetnie nadawały się na motocyklowe przejażdżki.

Spodnie w kaczuszki w akcji, w zestawieniu ze sweterkiem robionym przez babcię

Dużo lepiej pamiętam same przejażdżki z tatą - na Jawce, później na wypasionej, dużej Jawie z dwoma rurami wydechowymi.. Ta prędkość, niskie branie zakrętów, kask w kształcie jaja.. Najpierw zawsze jednak oczekiwanie w napięciu, czy motor odpali.  Wybieraliśmy się na całkiem długie wycieczki – nawet do Poznania, który był odległy o ok. 100 km. Już nie mówiąc o trochę bliższej okolicy, którą zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, bo tata miał coś na kształt obsesji na punkcie zwiedzania wszelkich okolicznych zabytków, mniej lub bardziej zachowanych, starych dworków, pałaców i cmentarzy.. Czasem łapały nas po drodze jakieś burze, czy ulewy i wtedy pamiętam, że próbowaliśmy chronić się w napotkanych po drodze gospodarstwach, u nieznajomych ludzi. Niektórzy okazywali się całkiem mili, chętnie zapraszali do środka, częstowali plackami i jeszcze opowiadali ciekawostki o zwiedzanych przez nas miejscach. Niektórzy, trochę bardziej nieufni, straszyli psami, albo łapali za siekierę. Różnie to było.. 
A spodnie w kaczuszki? Wbrew pozorom nie odczuwałam w związku z nimi żadnej traumy, były chyba po prostu wygodnym ubraniem  na motor, a z tego niejako „przymusowego” zwiedzania okolicznych zabytków wzięło się chyba moje późniejsze zamiłowanie do wszelkich staroci, no i pewnie też  reumatyzm..