Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam podzielić się z Wami
garścią moich ciuchowych wspomnień.. Może dlatego, że w tych zamierzchłych
czasach ciuchy interesowały mnie o wiele bardziej niż teraz, a bycie blogerką modową zobowiązuje
jednak do wrócenia od czasu do czasu do tematu. A wracam, i to daleko wstecz, tym chętniej, że jestem przecież vintage-maniaczkąJ
Najstarszym moim ciuchowym wspomnieniem, pochodzącym z dosyć wczesnego
dzieciństwa, jest chyba różowa, pętelkowa czapka zawiązywana pod brodą. Czułam
się w niej dziwnie – jak jakiś ufoludek, a wyglądałam w niej niczym Gagarin.. Te
skojarzenia naszły mnie oczywiście dopiero później, kiedy oglądałam zachowane w
niej zdjęcia i kiedy już byłam odpowiednio zindoktrynowana. Tak czy inaczej,
nie czułam się w tej czapce najlepiej, wręcz jej nienawidziłam, w ataku furii
zdarzyło się, że zdarłam ją z głowy i podeptałam – oczywiście, tak żeby mama
nie widziała.. A mama, niczego nieświadoma (chyba!) wciąż mnie w nią ubierała –
cóż, dużego wyboru wtedy nie było, a ona była taka ładna, różowa i ciepła.. W
celu odreagowania traumy (albo i z sentymentu), sprawiłam swojej córce podobną,
i chyba się udało, bo ona nie zwracała na nią najmniejszej uwagi.
![]() |
| W znienawidzonej czapce, chociaż tu wyglądam na całkiem zadowoloną.. |
Parę lat później, w okresie wczesnej podstawówki, kolejną
hitową rzeczą musiały być hipsterskie
spodnie-dzwony w kaczuszki.. Nie pamiętam ich zbyt dokładnie, ale za to zostały
dobrze udokumentowane i jak widać, świetnie nadawały się na motocyklowe przejażdżki.
![]() |
| Spodnie w kaczuszki w akcji, w zestawieniu ze sweterkiem robionym przez babcię |
Dużo lepiej pamiętam same przejażdżki z tatą - na Jawce, później na wypasionej, dużej Jawie z dwoma rurami wydechowymi.. Ta prędkość, niskie branie zakrętów, kask w kształcie jaja.. Najpierw zawsze jednak oczekiwanie w napięciu, czy motor odpali. Wybieraliśmy się na całkiem długie wycieczki – nawet do Poznania, który był odległy o ok. 100 km. Już nie mówiąc o trochę bliższej okolicy, którą zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, bo tata miał coś na kształt obsesji na punkcie zwiedzania wszelkich okolicznych zabytków, mniej lub bardziej zachowanych, starych dworków, pałaców i cmentarzy.. Czasem łapały nas po drodze jakieś burze, czy ulewy i wtedy pamiętam, że próbowaliśmy chronić się w napotkanych po drodze gospodarstwach, u nieznajomych ludzi. Niektórzy okazywali się całkiem mili, chętnie zapraszali do środka, częstowali plackami i jeszcze opowiadali ciekawostki o zwiedzanych przez nas miejscach. Niektórzy, trochę bardziej nieufni, straszyli psami, albo łapali za siekierę. Różnie to było..
A spodnie w kaczuszki? Wbrew pozorom nie odczuwałam w
związku z nimi żadnej traumy, były chyba po prostu wygodnym ubraniem na motor, a z tego niejako „przymusowego”
zwiedzania okolicznych zabytków wzięło się chyba moje późniejsze zamiłowanie do
wszelkich staroci, no i pewnie też
reumatyzm..
























