Nadszedł grudzień (witam i ja swojskim "Hallo December!";)), na zewnątrz temperatura nieubłaganie spada, więc zgodnie z zapowiedzią powracam do tematu szyfonu zimą:)
Szyfonowe sukienki to wg mnie jedne z najbardziej wdzięcznych i uniwersalnych ciuchów - do noszenia nie tylko wiosną i latem, ale również (a może przede wszystkim!) zimą. Wystarczy tylko odpowiednio zabezpieczyć spody - podkoszulki, bawełniane topy z długim rękawem oraz grube rajstopy, czy nawet legginsy (albo jedno i drugie), będą tu nieodzowne. Dodatkowo moda sprzyja nam w tym sezonie i kozaki za kolano (w niektórych kręgach znane lepiej jako overknee boots), świetnie ochronią nam kolana przed mrozem. Na sukienkę narzucamy oczywiście gruby, duży sweter (jeśli chodzi o mnie, to najlepiej melanżowy albo w prążki, bo to moje obsesje:)), na to już tylko ciepły płaszcz, albo puchówka i możemy rzucić wyzwanie temperaturze -15 stopni (o ile zima będzie dla nas łaskawa..).
W obliczu czekającego nas półrocza mrozu, mroku i marazmu, możliwość założenia od czasu do czasu zwiewnej sukienki - takiego kwiatka do kożucha, motylka w środku zimy i kolibra na biegunie północnym - może być miłą odmianą i lekkim pokrzepieniem serca;) Hu - hu - ha - zima już nie wydaje się taka taka zła! Nieprawdaż?:)
Ale przejdźmy do konkretów - na warsztat wzięłam szyfonową sukienkę vintage z lat 70-tych w piękne, tajemnicze wzory. Niestety, z powodu długości (i ogólnie fasonu), nie za bardzo nadawała się do codziennego noszenia. Co z tego, że piękna, skoro totalnie niepraktyczna.. Przeleżała swoje, aż w końcu dokonałam (trochę sama, trochę z pomocą krawcowej) prostych w sumie przeróbek (jak widać - skrócenia sukienki i wyprucia rękawów) no i mam świetny, oryginalny ciuch do noszenia na okrągło i w różnych konfiguracjach.