poniedziałek, 30 września 2013

I know, what I'll wear next summer

Ech, niestety lato ledwie się zaczęło, to już się skończyło, na ciepłą, polską złotą jesień też się nie zanosi (a może jednak?!), a ja zostałam z letnimi ałtfitami jak z ręką w nocniku.. Natrzaskałam ich w pocie czoła i z gorliwością neofity całkiem sporo, i co - miałyby się niby ZMARNOWAĆ???
No nieee, teraz Was nimi uraczę - załatwmy to szybko i w miarę bezboleśnie. A z racji tego, że dziś nieprzyzwoita ilość moich zdjęć, to ograniczę się chociaż w tekście..

Tu mamy Rivierę w stylu grunge - ta dżinsowa marynarka to tak specjalnie podarta jest ;) Uwielbiam ją nosić, chociaż kiedy odbierałam w niej dziecko z przedszkola, to panie czasem trochę dziwnie patrzyły..
Marynarka (Esprit) - sh
koszulka w paski (M&S) - sh
lniane spodnie - sh
mega torba - vintage

Len to moje odkrycie ostatniego lata - wiem, że ludzkości jest znany już od stuleci (tysiącleci?), ale ja nie byłam do niego przekonana, ponieważ zawsze kojarzył mi się ze zgrzebnymi, powłóczystymi szatami w kolorze ścierki do podłogi i ideologią sekciarską.. Ale zaczęło się od jakiejś jednej rzeczy i lawina ruszyła. Przekonałam się, że latem jest niezastąpiony - wygodny, przewiewny, a na letnie wyjazdy i-d-e-l-n-y. Wiadomo - im bardziej pognieciony, tym bardziej stylowy - chociaż te współczesne materiały wcale aż tak bardzo się w praniu nie gniotą, ja je potem jeszcze dogniatam:) Lnianych ciuchów wynalazłam w lumpeksach tyle, że mogłabym przechodzić w nich cały rok.. (przeprowadzka do Kalifornii chyba nieunikniona:))
czerwona koszula (M&S) -sh
czarne spodenki (Miss Selfridge) -sh
naszyjnik - Stradivarius ( na przecenie)
torebka - Vintage

wtorek, 17 września 2013

Koszulka zwana Pożądaniem, czyli w poszukiwaniu paryskiego stylu..

Zajmując się od dłuższego czasu ciuchami, a ostatnio będąc nawet szafarką, zastanawiam się oczywiście nad swoim stylem. Nie tyle nad tym, jaki on jest, ale jaki by był, gdyby był..  Wiem, że na pewno nie byłby to styl boho, hippie, etno, retro, glamour, klasycznie elegancki, streetowy, rockowy, miejski, casualowy... Długo mogłabym wymieniać rozmaite kierunki ciuchowe i chyba w żadnym do końca bym się nie widziała.
Ale – gdyby tak wziąć miarkę basicowej klasyki, dołożyć drugą w stylu militarnym lub zaczerpniętą z męskiej szafy, złagodzić ciekawą biżuterią, uszlachetnić dodatkiem vintage, doprawić szczyptą czegoś specyficznego (z wymienionych powyżej, w zależności od nastroju), na koniec wprowadzić pewnien dystans, to ja się w tym odnajduję w stu procentach. Brzmi to jak nie wiadomo co, ni bóbr, ni wydra, ale wyobraźcie sobie, że jest to definicja paryskiego szyku – przynajmniej tak wynika z podręcznika paryskiego stylu Ines de la Fressange ("Paryski szyk. Podręcznik stylu.."), która jest tego stylu wcieleniem i ikoną, więc chyba wie co mówi..

Autorka i jej dzieło (więcej zdjęć tutaj)

No więc ja też już wiem – wewnętrznie, ciuchowo jestem paryżanką, pozostaje jeszcze sprawa uzewnętrznienia tego w jakiś sposób. Wydaje się to dosyć proste, no bo paryski styl, to wiadomo - paski, apaszki, cygaretki, trencze, mała czarna, berety i baletki. Wystarczy wrzucić to na siebie w takiej lub innej konfiguracji, i bingo - mamy to. W pewnym sensie tak, ale jest ryzyko, że niestety uzyskamy efekt rodem z Burdy - taki trochę szablonowy i bez ducha.
A ducha to już każda paryżanka (z urodzenia, czy nie) musi tchnąć własnego, bardzo indywidualnego i szytego na swoją miarę. Dlatego mówimy NIE wszelkim gotowym kompletom (zbyt daleko posunięta harmonia i dopasowanie nie jest chic), trendom i masthewom, a aktualne it bags omijamy szerokim łukiem (natomiast łaskawym okiem spoglądamy na vintage, zawsze en vogue). Same wiemy (czujemy) co jest dla nas najlepsze, i nikt nam nie będzie mówił  co i jak mamy nosić. Noo, ostatecznie możemy dopuścić jakiś mały, dyskretny (ale trafiony w punkt) akcencik z aktualnych trendów, żeby w razie czego utrzeć nosa wszystkim fashionistkom i innym „ofiarom mody”. 

Poradnik Ines de la Fressange bardzo dobrze oddaje tego paryskiego ducha. Pokazuje, że owszem są pewne zasady ubierania się, ale równie ważne jest ich łamanie, dystans i pewna doza nonszalancji. Nie można się starać za bardzo, totalnie - musi być jakiś oddech, niedopowiedzenie i przełamanie w naszej „stylizacji”. Tak więc nośmy perły do t-shirtu, brylanty do dżinsu, sandałki i sweterki do sukni wieczorowej, męskie marynarki do koronek, czy cekinów, itd., itp…  Czujecie to?  U nas niestety jest dosyć ciężko z akceptowaniem takich trochę nieoczywistych zestawów, bardziej cenimy sobie schematy, wszystko musi do siebie pasować, być "pod linijkę", bo inaczej jest "nieelegancko". Ale czym jest obecnie elegancja? Czy jej pojęcie nie zmieniło się? Na pewno nadal bazuje na klasycznych formach i kolorach, ale wykończenie powinno już być inne, bardziej indywidualne i twórcze. Styl paryski jak widać jest lekko wywrotowy i przewrotny zarazem, ale paryżanki na pewno wiedzą co robią, w końcu nie bez powodu uchodzą za najlepiej ubrane kobiety na globie.
Fajne jest też to, że paryski szyk nie istnieje bez poczucia komfortu i wygody, więc jeżeli źle czujemy się w szpilkach, to nośmy baleriny, nie lubimy mocnego makijażu i czerwonych ust to nośmy makijaż niewidoczny (czyli le no make-up look). Fryzurą też nie trzeba sobie specjalnie zaprzątać głowy, wystarczą zadbane i dobrze obcięte włosy (no tak, królestwo za dobrego fryzjera..), a lekki (ale kontrolowany) nieład na głowie to jest to. Czegóż chcieć jeszcze - ja nie mam więcej pytań!

No więc opętał mnie ten duch i postanowiłam po raz kolejny wywrócić swoją szafę do góry nogami i znów wykonać tę daremną i syzyfową pracę przejrzenia jej, uporządkowania i stwierdzenia na ile jest chic – a na ile nie. Jedną z pierwszych rzeczy, która wpadła mi w ręce była jakaś taka zwykła, bieliźniana koszulka o prążkowanej fakturze – o dokładnie taka, jaką nosił nieco grubiański Stanley Kowalski w „Tramwaju zwanym Pożądaniem”. Tak dla zilustrowania (bo zawsze warto popatrzeć na młodego Marlona Brando):


niedziela, 8 września 2013

Z teczką... Czyli back to school (old school)

Gwiazda tego ałtfitu, teczka w kolorze kasztanowym (idealnym na tę porę roku), to jedna z mojej "kolekcji" torebek vintage, kupiona u konkurencji;) Jest porządnie wykonana, ze świetnej jakości skóry, ma sygnowaną podszewkę i zamykana jest dodatkowo na mały, złoty kluczyk <3 Poza tym jest wygodna w noszeniu i pakowna, dlatego dość mocno ją teraz eksploatuję i czuję się z nią trochę jak uczennica (czyt. młodziej:)), szczególnie, że w tym roku w jakimś tam sensie powróciłam do szkoły... Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że nie lubię zbyt często zmieniać torebek (już pomijając fakt, że przepakowując się, zawsze zapomnę czegoś zabrać) - miewam fazy na poszczególne i wtedy noszę jedną aż do znudzenia, a potem przerzucam się na kolejną..

Co, poza teczką, w moim dzisiejszym altficie? Na więcej uwagi zasługuje chyba jeszcze spódnica - szeroka, "skołowana", ale dopiero od bioder, tak że specjalnie nie poszerza sylwetki. Niestety, jest na mnie trochę za luźna, więc chyba wstawię ją do sklepu. Początkowo planowałam dać ją krawcowej do zmniejszenia, ale takie poprawki, to jednak niezbyt opłacalna impreza. Muszę w końcu zakupić maszynę i sama nauczyć się szyć, tym bardziej, że w działce ciuchów vintage miałabym spore pole do popisu. Nawet teraz mam w sklepie parę sukienek (np. ta, ta i ta ), które są fajne, ciekawe, z materiałów dobrej jakości, ale długie do ziemi, przyozdobione falbanami itp. (pochodzą z lat 70-tych), więc niespecjalnie nadają się do noszenia na co dzień.Wystarczyłoby je skrócić i odpruć niepotrzebne ozdobniki.. A z pozostałego materiału (i podszewki) uszyć spódnice. No nic, kiedyś się wezmę..:)

Poniższy zestaw wyszedł mi taki dość romantyczno-nostalgiczny, trochę wbrew mojej naturze (chyba z tęsknoty za odchodzącym latem), ale w końcu - jak wisi w Szafie Sztywniary - "ubranie to przebranie" - i czasami warto od siebie trochę odpocząć :)