piątek, 30 sierpnia 2013

Neony, czyli pierwsze koty za płoty..

Za mną dopiero pierwszy post, a już mam trochę dosyć bycia szafiarką;) To wcale nie jest lekkie łatwe i przyjemne, to całkiem ciężki kawałek chleba.  Najbardziej wkurzające jest oczywiście robienie zdjęć. Nagle okazuje się, że aparat jest kiepski, fotograf robi wszystko źle, zdjęcia wychodzą nieostre, ty trzy razy grubsza niż w rzeczywistości (he he, dobre sobie:)), włosy sianowate, pogoda robi sobie jaja, a neony nie dają po oczach. W takich okolicznościach jakże fundamentalna kwestia ałtfitu schodzi na drugi plan, a ty cieszysz się z jednego czy dwóch jako-takich zdjęć, totalnie zapominając, co chciałaś światu przez nie przekazać..

Już widzę jak teraz uznane blogerki modowe, zaczynające jakieś 5 lat temu, uśmiechają się z politowaniem (o ile oczywiście jakimś cudem czytają tego posta:)), bo one już to wszystko dawno przerobiły, opanowały i mają teraz w małym palcu. Niestety, w temacie blogowania jestem totalnie zapóźniona i wykopuję otwarte drzwi:)  Mogę się jednak pochwalić całkiem realną i dorodną pięciolatką, która bardzo chciałaby zaistnieć na blogu, ale jej nie pozwalam. Najpierw niech skończy szkołę:). Wieeem, kwestie rodzinne nie są żadnym wytłumaczeniem - pozdrawiam Miss Ferreirę.. naprawdę nie wiem, jak ona to robi..

Na szczęście jest też KOT. Tak, tak, jako rasowa blogerka modowa (in spe) posiadam kota. Kot niestety nie jest rasowy, ale za to zna się na dodatkach. Pojawia się nagle, zakręci się, machnie ogonem, odwróci uwagę, poprawi humor i sprawa załatwiona. Powiedzmy:)

Ale co to ja miałam...  A tak - neony. Neonów miało nie być. Tak samo jak pasteli, ombre i innych masthewów. Ale tak się trafiło, że są, i to w wersji turbo. Nie dość, że w stylu lat 80-tych, to jeszcze w dwóch ałtfitach - spieszmy się z neonami, bo lato odchodzi... I znów będzie pół roku zimna, ciemna i błocka... Jezuu, słabo mi się robi na samą myśl... Ale póki co wróćmy do letnich kolorów - szczegóły poniżej.


Bluzka fuksjowa, oversize (Atmosphere) - sh

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wild at Heart


(Prawie) Wszyscy mają bloga - mam i ja! :)
Od dawna już nosiłam się z zamiarem założenia bloga o ciuchach (żeby nie powiedzieć "szafiarskiego";)), ale miałam też duże obawy, opory i wątpliwości - głównie w duchu "co ludzie powiedzą" na takie pozornie niezbyt ambitne i powierzchowne zajęcie.. Aż w końcu postanowiłam przestać myśleć i zabrać się za to;) Ciuchami i tak się zajmuję, więc co mi szkodzi pogrążyć się jeszcze bardziej? :) A może będzie też o czymś więcej? Zobaczymy..

Na pytanie - dlaczego blog tego typu? - najszczerszą odpowiedzią byłoby chyba, że z próżności (zgodzicie się koleżanki - szafiarki?;)) Ale postaram się dorobić jakieś głębsze uzasadnienie. 
Otóż - chciałabym znaleźć odpowiedź na pytanie "jak żyć?" w czasach, kiedy ulubione blogerki  pokazujące ci kiedyś, jak się nosić, przebierają teraz w torebkach od Lui Vitą jak w ulęgałkach, noszą jedynie lubuteny, błyszczą na pudelku, pozują w Rzymie na księżniczki, a ty nadal ubierasz się w szmateksie?...;) Nie masz także w zwyczaju nosić całej zgromadzonej biżuterii naraz (latem obawiasz się odparzeń, a zimą przymarznięć.. poza tym to cholerstwo ciężkie jest.. a tak w ogóle to nie masz jej aż tyle..). I zamiast inspiracji odczuwasz frustrację?;) Nie przejmuj się - jak to mówią - "Keep Calm and Have Fun", bo eksplorowanie lumpeksów fajnie jest (to prawie jak odkrywanie nieznanych lądów, poszukiwanie Atlantydy i Świętego Graala w jednym;)), no i zawsze ta satysfakcja, że na ciuchy to cię jeszcze stać (tak więc, potencjalni sponsorzy - "Keep Calm and Stay Out";)). Na początek chyba takie odpowiedzi muszą wystarczyć..
Niby to samo próbuję cały czas w sklepie, na manekinie, ale jednak zestawianie ciuchów na żywym człowieku daje więcej możliwości, a przy okazji może też ożywię trochę swój styl:)

A teraz do rzeczy - ałtfit ten prezentowałam już wcześniej na FB, nie darliście specjalnie łacha, więc zaczynam od niego, tym bardziej, że cekinowo-wężowe bolerko to jeden z moich najnowszych i „najulubieńszych” nabytków. Jest efektowne i oryginalne, pasuje prawie do wszystkiego i można je nosić od rana do wieczora. Tu zaszalałam i połączyłam je z marynarską koszulką, lnianymi spodniami i skórzaną kopertówą o krokodylej fakturze. Tak, że mamy mały misz-masz, niezłą menażerię i jedną... ofiarę mody. Ale ale, kto powiedział, że to w ogóle modne jest?:)
Wężowe bolerko kojarzy mi się też z "Dzikością serca" - kultowym filmem mojej młodości, w którym Nicolas Cage paradował w słynnej kurtce ze skóry pytona. Daję je symbolicznie na początek, bo trzeba mieć nieco szaleństwa w sercu, żeby wystawiać się dobrowolnie pod pręgierz opinii publicznej :) Poza tym, to był film drogi (w odróżnieniu od bolerka;)), a ja też jestem jakby na nowej...
No więc – wstrzymuję oddech, zamykam oczy i .. publikuję.

Karolina

P.S.
Jeszcze dodam, że większość ciuchów, które tu się pojawią, to będą moje „prywatne”, ale trafią się też wyjątki, które wylądują w sklepie.