poniedziałek, 16 grudnia 2013

Royal Baby, czyli kosmiczna odyseja pewnej sukienki..

Sukienkę z dzisiejszego posta prezentowałam już kiedyś na Facebooku, ale stwierdziłam, że również na blogu należy jej się miejsce, bo jest to najbardziej cenna, unikatowa i ciekawa rzecz w mojej "kolekcji" - prawdziwa "perła w koronie":) 
Pochodzi z pracowni sir Hardy Amiesa, ikony angielskiego krawiectwa na miarę i osobistego "krawca" królowej Elżbiety II (przy okazji zrobiłam mały przegląd innych jego projektów oraz przyjrzałam się stylowi młodej królowej Elżbiety, który, jak się okazuje, był fenomenalny!).

A oto i moje Royal Baby ;)


niedziela, 1 grudnia 2013

Melanże i metamorfozy (na mrozy)

Nadszedł grudzień (witam i ja swojskim "Hallo December!";)), na zewnątrz temperatura nieubłaganie spada, więc zgodnie z zapowiedzią powracam do tematu szyfonu zimą:) 

Szyfonowe sukienki to wg mnie jedne z najbardziej wdzięcznych i uniwersalnych ciuchów - do noszenia nie tylko wiosną i latem, ale również (a może przede wszystkim!) zimą. Wystarczy tylko odpowiednio zabezpieczyć spody - podkoszulki, bawełniane topy z długim rękawem oraz grube rajstopy, czy nawet legginsy (albo jedno i drugie), będą tu nieodzowne. Dodatkowo moda sprzyja nam w tym sezonie i kozaki za kolano (w niektórych kręgach znane lepiej jako overknee boots), świetnie ochronią nam kolana przed mrozem. Na sukienkę narzucamy oczywiście gruby, duży sweter (jeśli chodzi o mnie, to najlepiej melanżowy albo w prążki, bo to moje obsesje:)), na to już tylko ciepły płaszcz, albo puchówka i możemy rzucić wyzwanie temperaturze -15 stopni (o ile zima będzie dla nas łaskawa..). 

W obliczu czekającego nas półrocza mrozu, mroku i marazmu, możliwość założenia od czasu do czasu zwiewnej sukienki - takiego kwiatka do kożucha, motylka w środku zimy i kolibra na biegunie północnym - może być miłą odmianą i lekkim pokrzepieniem serca;) Hu - hu - ha - zima już nie wydaje się taka  taka zła! Nieprawdaż?:) 

Ale przejdźmy do konkretów - na warsztat wzięłam szyfonową sukienkę vintage z lat 70-tych w piękne, tajemnicze wzory. Niestety, z powodu długości (i ogólnie fasonu), nie za bardzo nadawała się do codziennego noszenia. Co z tego, że piękna, skoro totalnie niepraktyczna.. Przeleżała swoje, aż w końcu dokonałam (trochę sama, trochę z pomocą krawcowej) prostych w sumie przeróbek (jak widać - skrócenia sukienki i wyprucia rękawów) no i mam świetny, oryginalny ciuch do noszenia na okrągło i w różnych konfiguracjach. 



czwartek, 14 listopada 2013

Cicha woda

Korzystając z tak pięknych okoliczności przyrody, postanowiłam podjąć jeszcze jedną próbę zapozowania w "stylizacji". Próba zakończyła się w moim odczuciu pełnym sukcesem, ponieważ na ok. 100 zdjęć, udało mi się wybrać jedno en face... Widzę postęp ;)

Do zaprezentowania wybrałam mój ulubiony, bardzo wygodny w noszeniu, zestaw: falbaniastą sukienkę w stylu lat 60-tych (sh, była już tu), skórzaną kurtkę (też sh, była m.in. w tym poście) i kwiecistą chustę (Zara, przecena). Do tego koturny Vagabond i skórzaną teczkę vintage (pokazywana m.in tutaj).

To był już niestety ostatni moment na takie ubranie, teraz jest za ziiiimno (pod sukienką miałam oczywiście bawełniany top z długim rękawem, i nie tylko;)). W kolejnym poście zapodam coś grubszego;)


Właśnie sobie wyszłam tanecznym krokiem (i suchą stopą!) z jeziorka i teraz Państwu zapozuję :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Francja - Nonszalancja

W tym poście chciałabym powrócić do tematów francusko-paryskich. Poprzednio "inspirowałam się" stylem  i podręcznikiem Ines de la Fressange, tym razem chciałabym nawiązać do "najgorętszej" chyba obecnie ikony stylu paryskiego - do Isabel Marant. Ostatnio bardzo dużo się o niej mówi, dlatego że niedługo ukaże się jej kolekcja w ramach współpracy z H&M, ale faktem jest, że wdarła się do światowej mody kilka lat temu niczym tornado (bo powiedzieć o świeżym powiewie, to w jej przypadku trochę mało) i dokonała niemalże rewolucji.
Jej kolekcje to unikalne połączenie tradycyjnego, paryskiego szyku i klasycznej elegancji z motywami etno, hippie, boho i stylu sportowego (słynne bluzy i buty z wewnętrzną platformą). Projektuje tylko to, co sama chciałaby nosić, wszystkie ubrania nadają się do normalnego, codziennego życia i odpowiadają wymaganiom kobiet "twardo stąpających po ziemi". Sukniami wieczorowymi nie zaprząta sobie głowy.

Nie wszystkie jej  propozycje są w moim typie - nie przepadam za tymi bardzo w stylu etno czy boho, zdecydowanie też nie podobają mi się spodnie ze sznurowaniami po bokach nogawek, ale kolekcja dla H&M wydaje się fantastyczna! Składa się z "the best of", czyli z najlepszych, najbardziej charakterystycznych dla projektantki modeli i motywów.  Z pewnością przygarnęłabym poniższe egzemplarze (również dlatego, że jestem maniaczką biało-czarnego melanżu), niestety, wiem już teraz, że z racji cen - nici z zakupów.. :(



O ile nie wszystkie projekty Isabel Marant do mnie przemawiają, to jej podejście do mody odpowiada mi w stu procentach. W wywiadzie dla Elle mówi: "Lubię kontrasty. Zestawiać męskie z kobiecym, delikatne z ciężkim, dopasowane z luźnym, czarne z białym, itd. Superdelikatna jedwabna sukienka z męską marynarką, wąskie skórzane spodnie z miękkim dużym swetrem.. To mój styl. Zestawianie z sobą ubrań z pozornie innej bajki daje ten fantastyczny, nonszalancki efekt.."

Ta "pozornie inna bajka" to właśnie moja bajka (a to niestety nie jest reklama słynnych ciastek;)), w szafie mam też kilka delikatnych, zwiewnych sukienek, o których wspomina, więc postanowiłam wziąć je na warsztat i pokombinować. Na co dzień szyfonowe sukienki z falban niestety przegrywają u mnie ze spodniami - całkiem niesłusznie, bo tak naprawdę są one bardzo uniwersalnym elementem garderoby  i odpowiednio zaaranżowane mogą być noszone przez cały rok. Myślę, że jeszcze powrócę do tego na blogu - zagadnienie szyfonu zimą to bardzo frapujący temat :)

Poniżej zamieszczam kilka zestawów wziętych (z małymi wyjątkami) z mojej szafy. Nie twierdzę, że są one jakoś bardzo w stylu Isabel Marant (nie było to też moim celem), nie wiem, czy uzyskałam  "ten fantastyczny, nonszalancki efekt", ale  mam przynajmniej kilka pomysłów na ałtfity:) Tak naprawdę, z poniższych ciuchów dałoby się wygenerować jeszcze z co najmniej 20 innych zestawów, there's no limit..:)

Na razie mam też przerwę w modellingu, bo jakoś fotogeniczności nie przybywa, fotoszop ma ograniczone możliwości, a fotograf chyba spanikował.. Może następnym razem :)



środa, 16 października 2013

Nie było tak kolorowo...

Afery wstrząsają ostatnio szafiarskim światkiem - okazuje się, że samozwańczy eksperci od mody mają o niej baaardzo znikome pojęcie (jak i o świecie w ogóle) - co obnażył F. Chajzer w słynnym reportażu, na dodatek nagminnie noszą imitacje, które sami uznają za inspiracje..
Miałam i ja swoje Waterloo (a Bonaparte siedzi i sprzedaje ciuchy, he he) - otóż, koniec końców okazało się, że nijak nie nadaję się na modelkę (szczególnie gdy jeszcze fotograf z łapanki..).

Wyobraźcie sobie tę niemoc twórczą - wokół jesień buzuje kolorami, mózg prawie eksploduje ałtfitami, a nie ma jak ich zmaterializować i zaprezentować... Było kilka podejść do tematu (przecież blog must go on), ale po kolejnej bezowocnej próbie poddałam się i przeprosiłam z moim wiernym, cierpliwym manekinem Manią (a jakże). Chciałoby się powiedzieć, że dopiero na niej ałtfity te mają ręce i nogi..
Z obawy o zbytnie zainspirowanie  się czyimiś projektami, zainspirowałam się po prostu kolorami jesieni, mam nadzieję, że matka natura nie weźmie mi tego za złe.

A teraz zapraszam na przegląd jesiennych, lumpeksowych ałtfittów. Kiedy mówię, że kocham lumpeksy, to raczej nie jestem gołosłowna :)




Fioletowa sukienka to jeden z moich ostatnich nabytków - jest fantastyczna, dzianinowa, miękka, miła w dotyku (z kaszmirem). No i ten kolor.. Marka to Fenn Wright & Manson. Mam w swoim posiadaniu trzy dzianinowe rzeczy tej marki i wszystkie sprawują się świetnie - można je nosić na okrągło, prać, nic się nie dzieje, nie niszczą się, nie mechacą.. Jeżeli znajdziecie coś tej marki, to bierzcie i nie zastanawiajcie się:)

Ciemnobrązowa, skórzana kurtka (sh) to również moja faworytka, z tym że ją noszę już od kilku lat. Pasuje w zasadzie do wszystkiego, jest miękka, wygodna i nie wyobrażam sobie bez niej wczesnej jesieni. Nie zachowało się info o marce, ale jakość jest bardzo dobra i gdyby nie lumpeks, to raczej nie mogłabym sobie na taką pozwolić. Te, które można znaleźć w Zarze czy innych sieciówach, nawet się nie umywają, a ich ceny powalają.

Skórzana torebka w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni - Bally (vintage).




Kurtka jw., intensywnie żółty, dziergany pulowerek - sh (być może trafi do sklepu), plisowana spódnica -sh (była w sklepie, sprzedała się ostatnio), wielka, kolorowa chusta - Van Graaf (przecena 70%), skórzana teczka - vintage, naszyjnik H&M.

poniedziałek, 30 września 2013

I know, what I'll wear next summer

Ech, niestety lato ledwie się zaczęło, to już się skończyło, na ciepłą, polską złotą jesień też się nie zanosi (a może jednak?!), a ja zostałam z letnimi ałtfitami jak z ręką w nocniku.. Natrzaskałam ich w pocie czoła i z gorliwością neofity całkiem sporo, i co - miałyby się niby ZMARNOWAĆ???
No nieee, teraz Was nimi uraczę - załatwmy to szybko i w miarę bezboleśnie. A z racji tego, że dziś nieprzyzwoita ilość moich zdjęć, to ograniczę się chociaż w tekście..

Tu mamy Rivierę w stylu grunge - ta dżinsowa marynarka to tak specjalnie podarta jest ;) Uwielbiam ją nosić, chociaż kiedy odbierałam w niej dziecko z przedszkola, to panie czasem trochę dziwnie patrzyły..
Marynarka (Esprit) - sh
koszulka w paski (M&S) - sh
lniane spodnie - sh
mega torba - vintage

Len to moje odkrycie ostatniego lata - wiem, że ludzkości jest znany już od stuleci (tysiącleci?), ale ja nie byłam do niego przekonana, ponieważ zawsze kojarzył mi się ze zgrzebnymi, powłóczystymi szatami w kolorze ścierki do podłogi i ideologią sekciarską.. Ale zaczęło się od jakiejś jednej rzeczy i lawina ruszyła. Przekonałam się, że latem jest niezastąpiony - wygodny, przewiewny, a na letnie wyjazdy i-d-e-l-n-y. Wiadomo - im bardziej pognieciony, tym bardziej stylowy - chociaż te współczesne materiały wcale aż tak bardzo się w praniu nie gniotą, ja je potem jeszcze dogniatam:) Lnianych ciuchów wynalazłam w lumpeksach tyle, że mogłabym przechodzić w nich cały rok.. (przeprowadzka do Kalifornii chyba nieunikniona:))
czerwona koszula (M&S) -sh
czarne spodenki (Miss Selfridge) -sh
naszyjnik - Stradivarius ( na przecenie)
torebka - Vintage

wtorek, 17 września 2013

Koszulka zwana Pożądaniem, czyli w poszukiwaniu paryskiego stylu..

Zajmując się od dłuższego czasu ciuchami, a ostatnio będąc nawet szafarką, zastanawiam się oczywiście nad swoim stylem. Nie tyle nad tym, jaki on jest, ale jaki by był, gdyby był..  Wiem, że na pewno nie byłby to styl boho, hippie, etno, retro, glamour, klasycznie elegancki, streetowy, rockowy, miejski, casualowy... Długo mogłabym wymieniać rozmaite kierunki ciuchowe i chyba w żadnym do końca bym się nie widziała.
Ale – gdyby tak wziąć miarkę basicowej klasyki, dołożyć drugą w stylu militarnym lub zaczerpniętą z męskiej szafy, złagodzić ciekawą biżuterią, uszlachetnić dodatkiem vintage, doprawić szczyptą czegoś specyficznego (z wymienionych powyżej, w zależności od nastroju), na koniec wprowadzić pewnien dystans, to ja się w tym odnajduję w stu procentach. Brzmi to jak nie wiadomo co, ni bóbr, ni wydra, ale wyobraźcie sobie, że jest to definicja paryskiego szyku – przynajmniej tak wynika z podręcznika paryskiego stylu Ines de la Fressange ("Paryski szyk. Podręcznik stylu.."), która jest tego stylu wcieleniem i ikoną, więc chyba wie co mówi..

Autorka i jej dzieło (więcej zdjęć tutaj)

No więc ja też już wiem – wewnętrznie, ciuchowo jestem paryżanką, pozostaje jeszcze sprawa uzewnętrznienia tego w jakiś sposób. Wydaje się to dosyć proste, no bo paryski styl, to wiadomo - paski, apaszki, cygaretki, trencze, mała czarna, berety i baletki. Wystarczy wrzucić to na siebie w takiej lub innej konfiguracji, i bingo - mamy to. W pewnym sensie tak, ale jest ryzyko, że niestety uzyskamy efekt rodem z Burdy - taki trochę szablonowy i bez ducha.
A ducha to już każda paryżanka (z urodzenia, czy nie) musi tchnąć własnego, bardzo indywidualnego i szytego na swoją miarę. Dlatego mówimy NIE wszelkim gotowym kompletom (zbyt daleko posunięta harmonia i dopasowanie nie jest chic), trendom i masthewom, a aktualne it bags omijamy szerokim łukiem (natomiast łaskawym okiem spoglądamy na vintage, zawsze en vogue). Same wiemy (czujemy) co jest dla nas najlepsze, i nikt nam nie będzie mówił  co i jak mamy nosić. Noo, ostatecznie możemy dopuścić jakiś mały, dyskretny (ale trafiony w punkt) akcencik z aktualnych trendów, żeby w razie czego utrzeć nosa wszystkim fashionistkom i innym „ofiarom mody”. 

Poradnik Ines de la Fressange bardzo dobrze oddaje tego paryskiego ducha. Pokazuje, że owszem są pewne zasady ubierania się, ale równie ważne jest ich łamanie, dystans i pewna doza nonszalancji. Nie można się starać za bardzo, totalnie - musi być jakiś oddech, niedopowiedzenie i przełamanie w naszej „stylizacji”. Tak więc nośmy perły do t-shirtu, brylanty do dżinsu, sandałki i sweterki do sukni wieczorowej, męskie marynarki do koronek, czy cekinów, itd., itp…  Czujecie to?  U nas niestety jest dosyć ciężko z akceptowaniem takich trochę nieoczywistych zestawów, bardziej cenimy sobie schematy, wszystko musi do siebie pasować, być "pod linijkę", bo inaczej jest "nieelegancko". Ale czym jest obecnie elegancja? Czy jej pojęcie nie zmieniło się? Na pewno nadal bazuje na klasycznych formach i kolorach, ale wykończenie powinno już być inne, bardziej indywidualne i twórcze. Styl paryski jak widać jest lekko wywrotowy i przewrotny zarazem, ale paryżanki na pewno wiedzą co robią, w końcu nie bez powodu uchodzą za najlepiej ubrane kobiety na globie.
Fajne jest też to, że paryski szyk nie istnieje bez poczucia komfortu i wygody, więc jeżeli źle czujemy się w szpilkach, to nośmy baleriny, nie lubimy mocnego makijażu i czerwonych ust to nośmy makijaż niewidoczny (czyli le no make-up look). Fryzurą też nie trzeba sobie specjalnie zaprzątać głowy, wystarczą zadbane i dobrze obcięte włosy (no tak, królestwo za dobrego fryzjera..), a lekki (ale kontrolowany) nieład na głowie to jest to. Czegóż chcieć jeszcze - ja nie mam więcej pytań!

No więc opętał mnie ten duch i postanowiłam po raz kolejny wywrócić swoją szafę do góry nogami i znów wykonać tę daremną i syzyfową pracę przejrzenia jej, uporządkowania i stwierdzenia na ile jest chic – a na ile nie. Jedną z pierwszych rzeczy, która wpadła mi w ręce była jakaś taka zwykła, bieliźniana koszulka o prążkowanej fakturze – o dokładnie taka, jaką nosił nieco grubiański Stanley Kowalski w „Tramwaju zwanym Pożądaniem”. Tak dla zilustrowania (bo zawsze warto popatrzeć na młodego Marlona Brando):


niedziela, 8 września 2013

Z teczką... Czyli back to school (old school)

Gwiazda tego ałtfitu, teczka w kolorze kasztanowym (idealnym na tę porę roku), to jedna z mojej "kolekcji" torebek vintage, kupiona u konkurencji;) Jest porządnie wykonana, ze świetnej jakości skóry, ma sygnowaną podszewkę i zamykana jest dodatkowo na mały, złoty kluczyk <3 Poza tym jest wygodna w noszeniu i pakowna, dlatego dość mocno ją teraz eksploatuję i czuję się z nią trochę jak uczennica (czyt. młodziej:)), szczególnie, że w tym roku w jakimś tam sensie powróciłam do szkoły... Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że nie lubię zbyt często zmieniać torebek (już pomijając fakt, że przepakowując się, zawsze zapomnę czegoś zabrać) - miewam fazy na poszczególne i wtedy noszę jedną aż do znudzenia, a potem przerzucam się na kolejną..

Co, poza teczką, w moim dzisiejszym altficie? Na więcej uwagi zasługuje chyba jeszcze spódnica - szeroka, "skołowana", ale dopiero od bioder, tak że specjalnie nie poszerza sylwetki. Niestety, jest na mnie trochę za luźna, więc chyba wstawię ją do sklepu. Początkowo planowałam dać ją krawcowej do zmniejszenia, ale takie poprawki, to jednak niezbyt opłacalna impreza. Muszę w końcu zakupić maszynę i sama nauczyć się szyć, tym bardziej, że w działce ciuchów vintage miałabym spore pole do popisu. Nawet teraz mam w sklepie parę sukienek (np. ta, ta i ta ), które są fajne, ciekawe, z materiałów dobrej jakości, ale długie do ziemi, przyozdobione falbanami itp. (pochodzą z lat 70-tych), więc niespecjalnie nadają się do noszenia na co dzień.Wystarczyłoby je skrócić i odpruć niepotrzebne ozdobniki.. A z pozostałego materiału (i podszewki) uszyć spódnice. No nic, kiedyś się wezmę..:)

Poniższy zestaw wyszedł mi taki dość romantyczno-nostalgiczny, trochę wbrew mojej naturze (chyba z tęsknoty za odchodzącym latem), ale w końcu - jak wisi w Szafie Sztywniary - "ubranie to przebranie" - i czasami warto od siebie trochę odpocząć :)



piątek, 30 sierpnia 2013

Neony, czyli pierwsze koty za płoty..

Za mną dopiero pierwszy post, a już mam trochę dosyć bycia szafiarką;) To wcale nie jest lekkie łatwe i przyjemne, to całkiem ciężki kawałek chleba.  Najbardziej wkurzające jest oczywiście robienie zdjęć. Nagle okazuje się, że aparat jest kiepski, fotograf robi wszystko źle, zdjęcia wychodzą nieostre, ty trzy razy grubsza niż w rzeczywistości (he he, dobre sobie:)), włosy sianowate, pogoda robi sobie jaja, a neony nie dają po oczach. W takich okolicznościach jakże fundamentalna kwestia ałtfitu schodzi na drugi plan, a ty cieszysz się z jednego czy dwóch jako-takich zdjęć, totalnie zapominając, co chciałaś światu przez nie przekazać..

Już widzę jak teraz uznane blogerki modowe, zaczynające jakieś 5 lat temu, uśmiechają się z politowaniem (o ile oczywiście jakimś cudem czytają tego posta:)), bo one już to wszystko dawno przerobiły, opanowały i mają teraz w małym palcu. Niestety, w temacie blogowania jestem totalnie zapóźniona i wykopuję otwarte drzwi:)  Mogę się jednak pochwalić całkiem realną i dorodną pięciolatką, która bardzo chciałaby zaistnieć na blogu, ale jej nie pozwalam. Najpierw niech skończy szkołę:). Wieeem, kwestie rodzinne nie są żadnym wytłumaczeniem - pozdrawiam Miss Ferreirę.. naprawdę nie wiem, jak ona to robi..

Na szczęście jest też KOT. Tak, tak, jako rasowa blogerka modowa (in spe) posiadam kota. Kot niestety nie jest rasowy, ale za to zna się na dodatkach. Pojawia się nagle, zakręci się, machnie ogonem, odwróci uwagę, poprawi humor i sprawa załatwiona. Powiedzmy:)

Ale co to ja miałam...  A tak - neony. Neonów miało nie być. Tak samo jak pasteli, ombre i innych masthewów. Ale tak się trafiło, że są, i to w wersji turbo. Nie dość, że w stylu lat 80-tych, to jeszcze w dwóch ałtfitach - spieszmy się z neonami, bo lato odchodzi... I znów będzie pół roku zimna, ciemna i błocka... Jezuu, słabo mi się robi na samą myśl... Ale póki co wróćmy do letnich kolorów - szczegóły poniżej.


Bluzka fuksjowa, oversize (Atmosphere) - sh

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wild at Heart


(Prawie) Wszyscy mają bloga - mam i ja! :)
Od dawna już nosiłam się z zamiarem założenia bloga o ciuchach (żeby nie powiedzieć "szafiarskiego";)), ale miałam też duże obawy, opory i wątpliwości - głównie w duchu "co ludzie powiedzą" na takie pozornie niezbyt ambitne i powierzchowne zajęcie.. Aż w końcu postanowiłam przestać myśleć i zabrać się za to;) Ciuchami i tak się zajmuję, więc co mi szkodzi pogrążyć się jeszcze bardziej? :) A może będzie też o czymś więcej? Zobaczymy..

Na pytanie - dlaczego blog tego typu? - najszczerszą odpowiedzią byłoby chyba, że z próżności (zgodzicie się koleżanki - szafiarki?;)) Ale postaram się dorobić jakieś głębsze uzasadnienie. 
Otóż - chciałabym znaleźć odpowiedź na pytanie "jak żyć?" w czasach, kiedy ulubione blogerki  pokazujące ci kiedyś, jak się nosić, przebierają teraz w torebkach od Lui Vitą jak w ulęgałkach, noszą jedynie lubuteny, błyszczą na pudelku, pozują w Rzymie na księżniczki, a ty nadal ubierasz się w szmateksie?...;) Nie masz także w zwyczaju nosić całej zgromadzonej biżuterii naraz (latem obawiasz się odparzeń, a zimą przymarznięć.. poza tym to cholerstwo ciężkie jest.. a tak w ogóle to nie masz jej aż tyle..). I zamiast inspiracji odczuwasz frustrację?;) Nie przejmuj się - jak to mówią - "Keep Calm and Have Fun", bo eksplorowanie lumpeksów fajnie jest (to prawie jak odkrywanie nieznanych lądów, poszukiwanie Atlantydy i Świętego Graala w jednym;)), no i zawsze ta satysfakcja, że na ciuchy to cię jeszcze stać (tak więc, potencjalni sponsorzy - "Keep Calm and Stay Out";)). Na początek chyba takie odpowiedzi muszą wystarczyć..
Niby to samo próbuję cały czas w sklepie, na manekinie, ale jednak zestawianie ciuchów na żywym człowieku daje więcej możliwości, a przy okazji może też ożywię trochę swój styl:)

A teraz do rzeczy - ałtfit ten prezentowałam już wcześniej na FB, nie darliście specjalnie łacha, więc zaczynam od niego, tym bardziej, że cekinowo-wężowe bolerko to jeden z moich najnowszych i „najulubieńszych” nabytków. Jest efektowne i oryginalne, pasuje prawie do wszystkiego i można je nosić od rana do wieczora. Tu zaszalałam i połączyłam je z marynarską koszulką, lnianymi spodniami i skórzaną kopertówą o krokodylej fakturze. Tak, że mamy mały misz-masz, niezłą menażerię i jedną... ofiarę mody. Ale ale, kto powiedział, że to w ogóle modne jest?:)
Wężowe bolerko kojarzy mi się też z "Dzikością serca" - kultowym filmem mojej młodości, w którym Nicolas Cage paradował w słynnej kurtce ze skóry pytona. Daję je symbolicznie na początek, bo trzeba mieć nieco szaleństwa w sercu, żeby wystawiać się dobrowolnie pod pręgierz opinii publicznej :) Poza tym, to był film drogi (w odróżnieniu od bolerka;)), a ja też jestem jakby na nowej...
No więc – wstrzymuję oddech, zamykam oczy i .. publikuję.

Karolina

P.S.
Jeszcze dodam, że większość ciuchów, które tu się pojawią, to będą moje „prywatne”, ale trafią się też wyjątki, które wylądują w sklepie.